Kobiety stojące w cieniu mężczyzn na świeczniku

Danuta Wałęsa i Lidia Niedźwiedzka-Owsiak - obydwie brały czynny udział w tworzeniu historii. Pierwsza, jako żona Lecha Wałęsy dawała mu wsparcie i sprawiała, że nie zaprzątał sobie głowy przyziemnymi sprawami, druga wspólnie z mężem Jurkiem Owsiakiem od ponad dwudziestu lat gra dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zapewniając jej stabilne funkcjonowanie.

Siła, która stoi za tronem

O Lidii Niedźwiedzkiej-Owsiak mówi się, że jest siłą, która stoi za tronem. Ona sama wyjaśnia, że siła jest w nich, w tym co robią wspólnie z Jurkiem Owsiakiem, nie ma jednego, bez drugiego. Dlaczego więc, skoro od ćwierć wieku pracują razem w jednej fundacji zarządzającej Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy o “Dzidzi”, jak jest zwana przez najbliższych, tak niewiele wiadomo? To jest świadoma decyzja dyrektor medycznej fundacji WOŚP. Występy publiczne i przed kamerami bardzo ją stresują, nie chce także wpuszczać do swojego życia dziennikarzy. Po wyjściu z pracy lubi zamknąć drzwi mieszkania, włączyć muzykę i odciąć się od świata, nie zagląda także do Internetu.

Taka postawa jest też z pewnego punktu widzenia formą ochrony - najwięcej ciosów i słów krytyki spada na bardziej medialnego Jerzego Owsiaka, nie na nierozpoznawalną Lidię Niedźwiedzką-Owsiak.
Żona Jurka Owsiaka nie od razu dołączyła do fundacji. Po kilku latach przyglądania się funkcjonowaniu współtworzonego przez męża WOŚP, uznała, że organizacji przydałoby się zapanowanie nad chaosem i żywiołem - potrzebny jest ktoś, kto wszystko uporządkuje, nada temu ramy. Poczuła, że przyda się w fundacji i przysłuży się jej funkcjonowaniu. W przeciwieństwie do rozbieganego Owsiaka, który chce robić wiele rzeczy naraz oraz może sprawiać wrażenie spontanicznego i niepoukładanego, Lidia Niedźwiedzka-Owsiak w pracy jest systematyczna i konsekwentna. Mąż podkreśla jeszcze jedną jej cechę, o której ona sama nie wspomina. Mowa o empatii. Niedźwiedzka-Owsiak przejmuje się ludźmi i ich sprawami, czyta od nich listy, pochyla się nad ich historiami i prośbami. Dlatego zdecydowali, że zaangażowanie pani Lidii nie będzie jedynie doraźne, gasząc pożary i wypełniając luki w potrzebach, ale systemowe - rozwiązując złożone problemy. Czego widzimy efekty, skoro lekarze twierdzą, że bez WOŚP nie byłoby polskiej neonatologii.

O Lidii Niedźwiedzkiej-Owsiak mówi się, że jest siłą napędową fundacji. Sama pani Owsiak podkreśla, że wszystkie decyzje zawsze są podejmowane wspólnie, chociaż śmieje się, że z biegiem lat coraz bardziej broni swoich racji, protestuje, walczy. Z kolei jej zdaniem Jerzy Owsiak na starość stał się bardziej dyplomatyczny, wyważony i zachowawczy.

Jak przyznaje w wywiadach, praca dla WOŚP jest sensem jej życia, realizuje się w niej, może podejmować istotne i potrzebne działania na rzecz drugiego człowieka. Ważne jest dla niej także zaufanie, jakim, wrzucając pieniądze do puszek, obdarzają WOŚP Polacy. Pani Lidia jest tym samym równoważną partnerką pozostającą w cieniu męża na własne życzenie.

„Jak mi poszło?” „Na trzy z plusem”

Dla wielu kobiet wzorem do naśladowania może być Danuta Wałęsa. Była Pierwsza Dama przez wiele lat pozostawała w cieniu męża, ale z niego wyszła i zdecydowała się zabrać głos, w czym pomogło jej napisanie książki „Marzenia i tajemnice”.

Danuta Wałęsa nie miała łatwego życia. Mówi o sobie, że zawsze była twarda, mocno stąpała po ziemi, nie rozczulała się w trudnych sytuacjach. Młodsza od męża o sześć lat, uważała go za mądrzejszego od siebie. Jak wspomina, Lech Wałęsa wychowany był w patriarchacie absolutnym, z którym w ogóle nie dało się polemizować. Danuta Wałęsa urodziła ośmioro dzieci w latach osiemdziesiątych, w czasie strajków, kiedy jej mąż stał się nagle kluczową postacią wśród robotników i obiektem zainteresowania władzy.

Danuta Wałęsa, fot.: Mateusz Skwareczek, Agencja Gazeta


W ich niewielkim mieszkaniu ciągle kłębił się tłum obcych ludzi: robotników, działaczy, dziennikarzy. To nie były normalne warunki dla kobiety w połogu z gromadką dzieci przy boku. Jak przyznaje po latach, Lech Wałęsa poświęcił rodzinę dla polityki, a ona siebie dla rodziny. Przez całe swoje życie stała murem za mężem, dawała mu wsparcie, niewiele oczekując i równie mało dostając w zamian. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Danuta Wałęsa powiedziała: „Od 1980 roku nigdy nie rozmawialiśmy o swoich pragnieniach. Powoli przyzwyczajałam się do bycia samej”. Co gorsza, mąż bywał w stosunku do niej krytyczny. Kiedy zapytała, jak poradziła sobie w czasie odbierania pokojowej nagrody Nobla, odparł, że „na trzy z plusem”.

Dla Danuty Wałęsy wyzwalający był jednak rok 2011, kiedy ukazały się jej wspomnienia “Marzenia i tajemnice”, w której szczerze przedstawiła widzianą ze swojej strony historię rodziny.

Zawalczyła o swoją niezależność, usłyszeliśmy jej głos, wyraźnie wyraziła swoje zdanie. Ta książka stała się inspiracją dla wielu kobiet z jej pokolenia. Mówi o tym sama Danuta Wałęsa bazując na informacjach uzyskanych podczas spotkań z czytelniczkami. Po lekturze coś się w nich przebudzało, zmieniało, nagle odkrywały, że po 30 latach małżeństwa mają dość bycia podległymi, ciągłego zaspokajania potrzeb innych kosztem własnych.

Lechowi Wałęsie ciężko było zaakceptować sukces książki i emancypację żony. ”Nadal się z moim zdaniem nie liczy” - mówi gorzko w wywiadach Danuta Wałęsa. Ale sama Danuta wyszła z cienia, z postaci niewidocznej i zależnej, stała się autonomiczną. Ma czas dla siebie, koleżanek, na przyjemności i wyjazdy. Jakby po latach życia dla innych, wreszcie żyła dla siebie.

Królowe ludzkich serc, damy polskiej literatury

Przez jednych nagradzane: Nike, Paszportami Polityki, międzynarodową Booker International Prize, a przede wszystkim Noblem, przez innych krytykowane i oceniane jako “pisarki romansideł dla kucht”. W jakiejkolwiek by się szufladce nie znalazły, polskie literatki odnoszą sukcesy - uznanie i miliony sprzedanych egzemplarzy.

Chociaż jak wynika z raportu czytelnictwa Biblioteki Narodowej, ponad 20 milionów Polaków nie wzięło w 2015 roku ani jednej książki do ręki (to tendencja wzrostowa), ich książki wciąż znajdują się na listach bestsellerów, przyczyniając się tym samym do promocji czytania. Jeśli więc lektura chociaż jednego kryminału Katarzyny Bondy, wywoła chęć sięgnięcia po kolejne jej powieści, a później wskrzesi zainteresowanie kolejnymi autorami to chwała jej! I im, bo polskie pisarki są czytane, doceniane i świetnie się sprzedają.

Szczyt uznania

Na świecie najbardziej znaną pisarką z Polski jest niewątpliwie Olga Tokarczuk, która, zanim została prozatorką, pracowała jako psycholożka. Jej doskonała passa pisarska trwa od 1996 roku, kiedy ukazała się powieść “Prawiek i inne czasy”. Ta książka zdobyła uznanie krytyków, ale pokochali ją także czytelnicy - doceniając nagrodą publiczności Nike. Tokarczuk jako jedyna pisarka nagrodę publiczności otrzymała jeszcze cztery razy, a jury Nike przyznało jej dwa razy. Tokarczuk zauważyli także krytycy poza Polską. W 2018 roku otrzymała w Londynie międzynarodową nagrodę The Man Booker International Prize za powieść „Bieguni” wydaną w 2008 roku. Tokarczuk znajduje się w grupie pisarek docenianych przez krytyków za wysmakowaną prozę i kunsztownie prowadzoną narrację. W 2019 roku otrzymała literacką nagrodę Nobla za "narracyjną wyobraźnię, która wraz z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic, jako formę życia".

Najlepsze debiuty

W tej samej grupie pisarek docenianych przez krytyków znalazła się Joanna Bator. Zanim zaczęła pisać, Bator przez dziewięć lat była pracownikiem naukowym PAN, gdzie prowadziła badania jako adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Później wykładała w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych. „Japoński wachlarz” powstał podczas dwuletniego pobytu naukowego na stypendium w Japonii właśnie. Na swoim koncie Bator ma również nominację do Nagrody Literackiej Nike za książki „Piaskowa góra” oraz „Chmurdalia”. Bator jest laureatką nagrody im. Beaty Pawlak, przyznawanej za książki z dziedziny antropologii, za „Japoński wachlarz". Bator w świecie literatury pojawiła się nagle, ale natychmiast znalazła niszę i oddanych czytelników. W literaturze Joanny Bator uderza opis polskich realiów, sięganie do wspólnych przeżyć i wspomnień, pokazywanie niewyretuszowanej rzeczywistości.
W 2019 roku jej powieść „Ciemno, prawie noc” doczekała się ekranizacji. W filmie wyreżyserowanym przez Borysa Lankosza zagrali m.in. Magdalena Cielecka i Marcin Dorociński. Bator mówi w wywiadach, że chce, żeby jej książki były czytane i kochane, a jej samej pozwalały na spokojne życie. Na tym - jak zapewnia pisarka - zależy jej bardziej niż na uznaniu krytyków. Jak mówi, jest tak egocentrycznie skupiona na swoim świecie twórczym, że ani pozytywna, ani negatywna krytyka nie ma na nią wielkiego wpływu.

Joanna Bator, fot. Michał Walczak, Agencja Gazeta


Największą eksperymentatorką i cudownym dzieckiem polskiej literatury na zawsze już chyba pozostanie Dorota Masłowska. Jej przygoda z pisarstwem zaczęła się od wygranej w konkursie „Dzienniki Polek” zorganizowanym w 2000 roku przez miesięcznik „Twój Styl”. Cokolwiek Masłowska tworzy - czy jest to powieść, dramat czy teledysk kręcony pod pseudonimem Mister D - zaskakuje. Jej „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” określa się mianem „powieści dresiarskiej”. Choć Masłowska napisała ją mając zaledwie dziewiętnaście lat, to książka natychmiast stała się prawdziwą sensacją i sprzedażowym hitem. Debiut Masłowskiej przetłumaczono na siedem języków, została także przeniesiona na ekran przez Xawerego Żuławskiego. Napisany przez nią dramat z 2006 roku „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" został wystawiony w TR Warszawa (w reżyserii Przemysława Wojcieszka). Na deski Teatru Studio trafiła także „Jak zostałam wiedźmą" (wyreżyserowana przez Agnieszkę Glińską). Masłowska czujnie obserwuje, wsłuchuje się w język otoczenia, a później w oryginalny sposób bawi się nim. Czasami można odnieść wrażenie, że jest jak Madonna literatury, żeby się nie nudzić, sama na nowo siebie wymyśla.

Dorota Masłowska, fot. Jakub Włodek, Agencja Gazeta


Dwie królowe Katarzyny

Na przeciwnym biegunie są dwie Katarzyny - Bonda i Grochola. Tę pierwszą nazywa się królową polskiego kryminału, o drugiej mówi się, że od lat siedzi na tronie królowej polskiej literatury kobiecej. Katarzynę Grocholę najbardziej ucieszyło, gdy kilka lat temu Biblioteka Narodowa ogłosiła, że najpopularniejsi autorzy w Polsce to: Mickiewicz, Sienkiewicz oraz. Grochola.

Zanim Grochola zaczęła pisać była: salową, pomocnicą cukiernika, dyrektorką składu celnego, konsultantką w biurze matrymonialnym, redaktorką odpowiadającą na listy czytelniczek w „Poradniku Domowym” i „Jestem” oraz „właścicielką spółki, która zbankrutowała” (jej własne słowa) i autorką wywiadów. Równolegle Grochola pisała do szuflady. W pewnym momencie stwierdziła, że zaryzykuje i napisze książkę, bo co gorszego, oprócz potencjalnej kompromitacji, może ją spotkać?
Porażka się jej nie przydarzyła, wprost przeciwnie - Grochola osiągnęła spektakularny sukces - sprzedała zawrotną (jak na rynek wydawniczy nie tylko polski, ale i europejski) liczbę - pięciu milionów egzemplarzy książek (20 wydanych pozycji na koncie), które dodatkowo zekranizowano. Jest popularna i rozpoznawalna. A ostatnią powieścią „Zranić marionetkę” stara się wyjść poza ramy powieści obyczajowych, które sama swoim książkom i pisarstwu nadała i. napisała kryminał. Nagrody, które trafiają w ręce Grocholi, nie pochodzą od jury składającego się z krytyków, ale są dowodami uznania jej popularności (dwie nagrody „As Empiku” oraz Nagroda Księgarzy).

Katarzyna Grochola, fot. Jakub Włodek, Agencja Gazeta


1 mln 400 tysięcy? Więcej

Sukces wydawniczy jest także udziałem Katarzyny Bondy. Bondę od innych pisarek odróżnia niezwykłe zaangażowanie w promowanie swoich powieści. Dla niej postawienie ostatniej kropki w tekście to nie koniec pracy, a początek. Bonda jest niezwykle pracowita - zapewnia, że pisania można się nauczyć, że to praca, która wymaga systematyczności, a nie weny. Jak przyznaje, pisania i budowania opowieści się uczyła – w ciągu pięciu lat od debiutu w 2007 roku była na kilku kursach kreatywnego pisania w Polsce i w Wielkiej Brytanii, skończyła szkołę scenariuszową. W pracy pisarki pomogło jej wieloletnie doświadczenie dziennikarskie. Przeżyciem, które pchnęło ją ostatecznie w stronę literatury, był wypadek samochodowy, w którym spowodowała nieumyślnie śmierć pieszego. Po tym wydarzeniu chodziła na terapię i choć jeszcze chwilę pracowała w mediach, ale psychicznie była już gdzieś indziej – w literaturze kryminalnej.
Ona – podobnie jak Grochola, także zdobyła uznanie rynku – debiut („Sprawa Niny Frank”) doceniono nominacją do Nagrody Wielkiego Kalibru oraz wyróżniono „Debiutem roku” (przez Wydawnictwo Media Express), zaś „Okularnik” był „Bestsellerem Empiku”.
Na przykładzie Bondy warto pokusić się o wzmiankę o sukcesie finansowym. Jak podaje Biblioteka Analiz w swoich wyliczeniach za 2015 r., Katarzyna Bonda sprzedała 105 tys. egzemplarzy powieści „Okularnik”, 90 tys. „Pochłaniacza” i 75 tys. „Tylko martwi nie kłamią”. Z kolei w rankingu najlepiej zarabiających polskich pisarzy „Polska Bez Cenzury” Katarzyna Bonda znalazła się na drugim miejscu. Twórcy rankingu wyliczyli, że Bonda zarobiła na pisaniu 1,46 mln zł. Na temat zarobków Bondy krąży zresztą pewna anegdota – czy prawdziwa, trudno stwierdzić. Ponoć zapytana, czy to prawda, że ma na koncie 1 mln 400 tysięcy zł, miała się uśmiechnąć i powiedzieć tylko jedno słowo: „więcej”.

Katarzyna Bonda, fot. Małgorzata Kujawka, Agencja Gazeta


Wszystkie wymienione pisarki zostały nimi z wyboru, czy trafniej – pisarskiej potrzeby – po innych doświadczeniach i na różnych etapach życia. Wszystkim udaje się żyć z pisania i wydawać książki na własnych zasadach – jak Olga Tokarczuk, która „Księgi Jakubowe” pisała sześć lat, czy Joanna Bator, która między kolejnymi powieściami miewa kilkuletnie przerwy. Jedne trzymają się stylu i gatunku, inne lubią eksperymenty z formą i treścią. Co jednak ważne są czytane, a ich sukces to dowód, że każda droga jest dobra, aby dojść do celu. Bo co złego może się stać, jeśli spróbujemy własnych sił w literaturze, czy innej dziedzinie? Zła recenzja, krytyczne opinie? Przykłady wspominanych wyżej pań pokazują, że jeśli nie zaryzykujemy, nie spotka nas ani klęska, ani... sukces.

Mówią rzeczy dla wielu niewygodne i zabierają głos w imieniu tych, którzy głosu nie mają

Kinga Rusin i Joanna Krupa to chyba dwie najbardziej znane, zaangażowane w walkę o ekologię słynne kobiety w Polsce. Obie walczą z przemysłem futrzarskim, ale łączy je jeszcze jedno - oddają się sprawie bez reszty.


Wzrost świadomości

Dziennikarka Kinga Rusin wcale nie udaje, że na początku nie była świadomą konsumentką, osobą żyjącą zgodnie z zasadami ekologii. Na 21. urodziny dostała od ojca w prezencie futro z norek. Wydawało jej się wtedy piękne, lekkie, modne. Po latach, kiedy dowiedziała się, jak pozyskuje się skóry na futra, w jakich warunkach hodowane są zwierzęta futerkowe, przeszła na drugą stronę barykady. Od tego czasu zapewnia, że nie założy już nigdy futra, bo powstają one dla ludzkiej próżności. Jak odpiera zarzut, że nie powinna także nosić skórzanych butów i toreb? Rusin argumentuje, że galanteria skórzana pochodzi ze skór, które są odpadami z produkcji mięsa, pozwalają więc zabite zwierzę wykorzystać w 100 procentach (z szacunku dla jego śmierci tak powinno się robić). Podkreśla, że torebki z ekoskóry, to skaj, plastik, który rozkłada się w środowisku nawet 500 lat.

Kinga Rusin, fot.: Wojciech Nekanda-Trepka, Agencja Gazeta


Zagorzałą przeciwniczką futer jest także modelka i prezenterka Joanna Krupa. Wystąpiła w kampanii społecznej amerykańskiej organizacji PETA (People for the Ethical Treatment of Animals). Podobno Krupa jest zresztą drugą po Pameli Anderson gwiazdą, zdjęcia z którą mają największy wpływ na odbiorców i oddźwięk społeczny. Krupa protestowała także pod butikiem z ubraniami sióstr Kardashian, które używają w swoich kolekcjach naturalnych futer.

Kinga Rusin przyznaje w wywiadach, że droga do ekologii zajęła jej trochę czasu, nie wszystko było dla niej oczywiste. Ciemną stronę hodowli zwierząt odkrył przed nią kilkanaście lat temu Michał Piróg. Dziennikarka kręciła wtedy odcinki do programu “You Can Dance” i spędzała dużo czasu z choreografem. To on pokazał jej filmy z ubojni, z ferm zwierząt hodowlanych i futerkowych, z rzeźni. To odmieniło jej życie, ale na ostateczny krok, czyli zrezygnowanie z jedzenia mięsa potrzebowała więcej czasu. Sama zresztą przekonuje, że na początku - dla dobra planety - wystarczy jedzenie mięsa po prostu ograniczyć.

Sercu Joannie Krupy najbliższe są niechciane psy i adopcje zwierząt ze schronisk. Od lat namawia do przygarniania psów ze schroniska zamiast ich kupowania. Sama ma pięć psów, wszystkie pochodzą z adopcji. Kilka z nich jest już leciwych, ale są z modelką od szczeniaka i gwiazda traktuje je jak dzieci. Skalę zaangażowania i oddania Krupy pupilom najlepiej oddaje historia jednej z jej suczek. Nieżyjący już piesek był bardzo chory, miał raka. Krupa woziła pupila do onkologa i na akupunkturę. Kiedy Joanna przyjeżdża do Polski odwiedza schroniska i wspiera je - była w kieleckich Dyminach czy na warszawskim Paluchu, miała w stacji TVN swój program poświęcony adopcjom. Krupa uważa zresztą, że psy w polskich schroniskach mają lepiej niż w USA. W Stanach Zjednoczonych bowiem co roku kilka milionów bezpańskich zwierząt jest po prostu usypianych - i nie ma znaczenia, czy są młode, czy stare.

Joanna Krupa, fot.: Shutterstock


Mocne słowa

Zarówno Rusin, jak i Krupa nie boją się bronić swoich poglądów i głośno wyrażać opinii. Rusin buntuje się przeciwko temu, co dzieje się lasach państwowych - wycince drzew, odstrzałowi zwierząt. Pisała protesty, kiedy zagrożona była Dolina Rospudy i Puszcza Karpacka, w której zagrożone były miejsca lęgowe sóweczek i wiekowe drzewa.
Krupa także nie szczędzi krytyki - za noszenie naturalnych futer dostało się modelce Anji Rubik, aktorkom Annie Musze i Weronice Rosati. Z kolei za oddanie psów do schroniska posłance Joannie Scheuring-Wielgus.
Kinga Rusin nie tylko krytykuje, wdaje się w facebookowe polemiki, ale także intensywnie edukuje. Dziennikarka dzięki eksperckiej wiedzy dostarczanej przez organizacje typu Greenpeace czy WWF Polska jest świetnie przygotowana merytorycznie. Ma zawsze kontrargumenty poparte wiedzą z badań i raportów. Podając je otwiera nam oczy na wiele spraw.

Wydaje się wam, że jesteśmy zielony płucami Europy? Wprost przeciwnie - oburza się Rusin - zaledwie 1,1 procent powierzchni Polski to parki narodowe z lasami bogatymi w różne gatunki drzew. W Polsce 58 procent drzew stanowi sosna, którą sadzi się i ścina, sadzi i ścina, traktują wyłącznie hodowlano. Dzięki twarzy i głosowi Rusin - trudne i nieciekawe analityczne zestawienia stają się bardziej ludzkie i przystępne.

Rusin mówi o sobie, że jest działaczką, która broni swoich poglądów. Chciałaby żyć w myśl filozofii zero waste, ale na razie robi tyle, ile jest w zasięgu jej możliwości. Namawia do robienia małych kroków: zakręcania wody podczas mycia zębów, picia kranówki, wyjmowania ładowarek z kontaktów, segregowania śmieci.

Kto obserwuje profil Joanny Krupy na Instagramie ten wie, że jej publikacje na Instastory dotyczą głównie historii maltretowanych zwierząt, informacji o psach do adopcji i drastycznych przypadków maltretowania ich.

W przypadku Rusin i Krupy widać, że ich zaangażowanie jest autentyczne. Nie jest to firmowanie twarzą jednej akcji, ale codzienne konsekwentne stawianie się lepszym, odpowiedzialnym za otoczenie, dawanie przykładu do naśladowania i dzielenie się wiedzą.

Na stereotypy i szowinizm najlepiej działają wzorowe przygotowanie i merytoryczne argumenty

Jak wspomina Izabela Zawisza, doktor nauk biologicznych w dyscyplinie biofizyka, pewnego dnia zaczęła zastanawiać się nad problemem alergii na metale. I nagle pojawił się pomysł, który po wielu badaniach i testach ostatecznie doprowadził jej zespół badawczy do wynalezienia chitathione. Po wielu przejściach ten biopolimer znalazł się w kremie ochronnym pomagającym przy alergii na nikiel.


Metal jest wszędzie, a szkodzi wielu
Statystyki są bezlitosne. Na nikiel jest w Polsce uczulone 17% populacji kobiet i 3% mężczyzn, a alergię kontaktową na metale ma nawet 40% społeczeństwa. Większość osób może być w ogóle niezdiagnozowanych prawidłowo i leczyć się objawowo na inne choroby. Alergia na metale może być bowiem mylona z atopowym zapaleniem skóry, a średni czas dzielący chorego od postawienia prawidłowej diagnozy to pięć lat.
Co gorsza, nie wymyślono do tej pory leku na wyleczenie alergii na metale - można jedynie unikać alergenu. Kto ma uczulenie na metale, ten wie, że takie zalecenie jest bardzo trudne do zrealizowania – alergen jest właściwie wszędzie – w przedmiotach codziennego użytku, w kosmetykach. W skrajnych przypadkach może być bardzo uciążliwy i utrudniać normalne funkcjonowanie – tak poważne bywają w tym wypadku problemy ze skórą. Potrzeba bardzo cierpliwego i drobiazgowego diagnosty, który odkryje, że uczula nas. czarny barwnik w ulubionej kurtce lub. tusz do rzęs.

Panaceum i ochrona
Alergię na metal miał dziadek dr Izabeli Zawiszy – po latach dowiedziała się, że z tego powodu nie nosił na przykład zegarka na ręce, tylko w kieszeni. Przypadek dziadka dał jej domyślenia i na szczęście trafił na podatny grunt, bo Izabela Zawisza jest doktorem nauk biologicznych w dyscyplinie biofizyka, prawdziwą entuzjastkę rozwiązywania problemów zdrowotnych i cywilizacyjnych poprzez działania naukowe. Przy danych na temat powszechności alergii na metale i braku remedium, postanowiła zająć się badaniami cząsteczek, które mogłyby zrewolucjonizować tę dziedzinę życia. Jak mówi w wywiadach, pomysł na cząsteczkę niwelującą alergię kontaktową wpadł jej do głowy podczas brania prysznica, jednak droga, którą pokonała - z kąpieli do tubki własnego specyfiku na półce w łazience, była długa i kręta. Bo sam pomysł i odkrycie nie wystarczą. Trzeba zrobić wiele badań cząsteczki, w toku których może się okazać, że 98% hipotez badawczych jest błędnych, a ledwie dwa procent to odkrycia przez duże „o”.
Chitathione – bo taką nazwę ma zgłoszony do ochrony patentowej biopolimer - znalazł się w tych dwóch procentach, co jednak wciąż nie wzbudziło światowej sensacji i zainteresowania koncernów kosmetycznych.

Jak krem ochronny na słońce
A wydawało się, że będzie inaczej. Bo oto dr Zawisza miała pomysł na rewolucyjny produkt – krem osłonowy, działający ochronnie – całkiem jak krem z filtrami UV. Jej innowacyjny produkt miał jednak chronić nie przed promieniami słonecznymi, ale przed kontaktem z alergenem, czyli metalem. Dr Zawisza była przekonana, że w takiej sytuacji, przy takim rozpowszechnieniu problemu i braku na niego leków, pomysł preparatu będzie strzałem w dziesiątkę. Nic bardziej mylnego. Badaczka spotkała się z przedstawicielami trzech firm kosmetycznych. I tyle wystarczyło, żeby zniechęcić naukowczynię do dalszych rozmów z kolejnymi markami. Producenci obawiali się, że produkt będzie za drogi, że jego promocję musi poprzedzić edukacja konsumenta. „Wydawało mi się, że jak świat się dowie o chitathione i jego działaniu, to zostaniemy zasypani propozycjami” – wspomina. W końcu produkt był skuteczny i rozwiązywał realny problem. Dr Zawisza jest osobą bardzo konsekwentną, niegodzącą się na kompromisy. Sugestie potencjalnych producentów, żeby zmniejszyć stężenie chitathione w formule produktu (i zwiększyć zysk kosztem jakości kosmetyku) absolutnie nie wchodził w rachubę. Wiara w produkt, jego udowodnione naukowo działanie i chęć pomocy osobom z alergią na nikiel sprawiła, że dr Zawisza wyszła poza świat naukowy i weszła w biznesowy.

Zawisza uparła się, że chce wymyślone przez siebie kosmetyki wprowadzić na rynek. Ostatecznie sama z pomocą prywatnych inwestorów stworzyła dwie linie preparatów - jedną dla alergików, drugą dla osób stawiających na profilaktykę. I tak badaczka musiała porzucić probówki i menzurki stawić czoła biurokracji, zakładaniu firmy, kwestii wybory nazwy, opakowań, promocji.

Budowa merów tworzących cząsteczkę chitathione, fot.: Wikipedia


Wdzięczni klienci
Nie obyło się bez błędów, których naukowczyni nie traktowała jednak jak porażek, tylko jak lekcje, z których należy wyciągnąć wnioski. Dr Zawisza sama wspomina, że pierwszy brand był przetarciem szlaku. Nazwa Nidiesque [„nidisk” – przyp. red.] okazał się za trudna do wymówienia i dla lekarzy, i dla pacjentów. Teraz, z perspektywy kilku lat istnienia marek i centrum rozwojowo-badawczego powstałego wokół nich, dr Zawisza mówi, że jej firma osiągnęła duży sukces merytoryczny, ale niewystarczający sprzedażowy. Być może w Polsce nie ma jeszcze świadomości potrzeby ochrony przed metalami, bo marce Nuev z większym powodzeniem udaje się wchodzić na rynki zagraniczne niż zdobyć popularność na polskim. Dla badaczki i bizneswoman dużą satysfakcją i nagrodą za upór są wiadomości i opinie od zadowolonych klientów, którzy twierdzą, że dzięki stworzonemu przez nią preparatowi wrócili do pracy, że poprawił się stan skóry dziecka.

Wyjście poza świat nauki był dla dr Zawiszy także cenną lekcją. Przekonała się, że konsekwencja w dążeniu do celu jest bardzo ważna. Doświadczyła także na własnej skórze, że stereotypy na temat atrakcyjnych kobiet wciąż mają się dobrze, ale że warto z nimi walczyć merytorycznym przygotowaniem. Bo Zawisza nie raz słyszała, że „skoro ma ładną buzię, to jej krem pewnie działa”. Na spotkaniach biznesowych wielokrotnie musiała stawić czoła mężczyznom, którzy byli całkiem nieprzygotowani, bagatelizowali ją. I przegrywali, bo ona była merytorycznie gotowa zbić każdy argument.

Dr Zawisza udowadnia także, że warto się przełamywać, pokonywać własne ograniczenia. Dla niej świat biznesu był zupełnie nowy, podobnie jak gąszcz formalności i urzędowych pozwoleń związanych z założeniem i funkcjonowaniem firmy. Kiedy jednak widzi się cel i głęboko wierzy w powodzenie sprawy, żadne wyzwanie nie jest zbyt duże. A dr Zawisza bardzo chciała zobaczyć swoje kosmetyki na rynku. Co więcej, rozwinęła firmę, tworząc świetnie funkcjonujący zespół badawczy, dodała do produkcji kosmetyków drugą odnogę – prowadzenie badań dla klientów zewnętrznych. A wszystko to, o czym w dobie równości i równouprawnienia nie należałoby wspominać – w ciąży i później z malutkim dzieckiem u boku jako samotna matka, w rozjazdach. Jak jednak mówi dr Izabela Zawisza, wyzwania uruchamiają w niej ducha walki, dodając, że na co dzień żyje poza strefą swojego komfortu.

Martyna Wojciechowska – kobieta nie z tego świata

Pisanie o Martynie Wojciechowskiej stanowi spore wyzwanie. Można poruszać wiele wątków, pisać o jej zainteresowaniach, pasjach, dokonaniach. Poświęcić się jej przemianie albo rozwodzić na temat tego, z jakiego powodu dla tylu osób stanowi inspirację.


Być jak Martyna
Kiedy w 2013 roku miesięcznik „Press” zapytał studentów, którą znaną osobą chcieliby być, wśród wymienianych najczęściej pojawiało się nazwisko Martyna Wojciechowska. Ale nie tylko studenci stawiają ją za wzór – jako przykład do naśladowania wymienia Martynę Anna Lewandowska czy Olivier Janiak – osoby, które same należą do bardzo aktywnych zawodowo.

Martyna Wojciechowska całym swoim życiem udowadnia, że warto brać sprawy w swoje ręce i przejmować inicjatywę. Jak sama mówi: „Ludzie siedzą, marzą, myślą i nic nie robią. A życie ma się przecież jedno”. Lista dokonań i osiągnięć Wojciechowskiej jest tego najlepszym przykładem: od siedemnastego roku życia ma Międzynarodową Sportową Licencję Rajdową i Wyścigową na pojazdy dwu- i czterokołowe, jako druga Polka zdobyła Koronę Ziemi, jako jedyna Polka ukończyła rajd Paryż-Dakar, napisała 16 książek z cyklu „Kobieta na krańcu Świata”, sześć w ramach cyklu „Dzieciaki Świata”, osiem z serii „Zwierzaki Świata” i pięć innych książek niezamykających się w cykle. Od 11 lat TVN emituje jej program „Kobieta na krańcu Świata”. Martyna ma nawet swoją lalkę Barbie – w 2018 roku została uhonorowana nagrodą Barbie Shero przyznawaną wybitnym kobietom, które swoimi pasjami i doświadczeniami inspirują dziewczynki i kobiety na całym świecie.

Fot.: Mattel

Jakby tego było mało, w 2019 roku Wojciechowska zrobiła sobie prezent na swoje 45. urodziny i założyła Fundację UNAWEZA [w suahili oznacza to słowo „Możesz” – przyp. red.], która ma zajmować się wspieraniem bohaterek jej programów. W sumie otrzymała 23 nagrody, w tym Telekamery, Róże Gali i Wiktory.

Mocna jak skała

Co ciekawe Martyna Wojciechowska bardzo wcześnie i symbolicznie przejęła kontrolę nad swoim życiem. W akcie urodzenia ma imiona Marta Eliza. Marta to z aramejskiego „piastunka ogniska domowego”, Martyna – imię, które z wyboru nosi od dzieciństwa - pochodzi od boga wojny – i jak uważa Wojciechowska, lepiej oddaje jej naturę.
O Martynie zrobiło się głośno, kiedy została dziennikarką motoryzacyjną. Pierwszy program realizowała dla łódzkiej kablówki, później trafiła do TVN Turbo. Sympatyczna, rzeczowa, ciekawa rozmówców, pełna pasji i zaangażowania, przyciągnęła uwagę szefów TVN i dostawała kolejne propozycje prowadzenia programów – m.in. pierwszej edycji reality show „Big Brother” czy programu „Dzieciaki z klasą”. Od 2009 roku realizuje się jako autorka i prowadząca „Kobiety na krańcu Świata”. Skąd pomysł na taki format? Wojciechowska lubi podróżować, ale o wiele ciekawsi niż miejsca, które odwiedza, są dla niej ludzie, których spotyka. A zwłaszcza kobiety, których życie w wielu miejscach na ziemi jest dramatycznie trudne. Robiąc z nich bohaterki swoich programów, pokazuje, jak uprzywilejowane jest nasze europejskie życie. Bo „prawdziwy problem to choroba i zagrożenie życia, cała reszta się jakoś ułoży” – mówi.

Fot.: Agencja Gazeta

Spotkania z wyjątkowymi bohaterkami są dla niej źródłem niezwykłej inspiracji, uczą ją pokory, doceniania tego, co mamy. Zdobywanie zaufania i zgody potencjalnych bohaterek to także niezła lekcja cierpliwości, konsekwencji i uporu. Wiele bohaterek Wojciechowska wyszukuje sama, w dotarciu do nich pomaga jej później dokumentalistka pracująca przy programie. Wyjazdy „na kraniec świata” to także świetne ćwiczenia z tolerancji, cierpliwości, wytrwałości – nawet w takich kwestiach, jak tempo życia. Przykład? Myśląc o Czarnym Lądzie, Wojciechowska przywołuje abisyńskie przysłowie mówiące, że Bóg dał Europejczykom zegarek, a Afrykańczykom czas.

Zachłanna na życie

Martyna Wojciechowska sama o sobie mówi, że jest zachłanna na życie. Była na wszystkich kontynentach i odwiedziła ponad 70 krajów. Śmieje się, że Europę z Rzymem i Florencją zostawia sobie na emeryturę.

Martyna Wojciechowska-mama wychodzi z kolei z założenia, że nie wolno rezygnować z siebie i ze swoich pasji. Kiedy urodziła córkę, rozpędzony pociąg, jakim było jej życie, musiał zwolnić – choć pracowała do dnia porodu. Kiedy Marysia miała osiem miesięcy, Wojciechowska pojechała zdobywać masyw Mount Vinson. Zrobiła to dla siebie, swojego zdrowia i równowagi psychicznej. Ta wyprawa była jej potrzebna i nie żałuje jej. W trzecim miesiącu ciąży zdobyła szczyt góry Elbrus - choć z perspektywy czasu mówi, że tego wyczynu w ówczesnym stanie by nie powtórzyła, że góra mogła na nią chwilę poczekać.

Sama Wojciechowska robiła rzeczy, o których w czasach jej młodości mówiło się, że nie są dla dziewczynek. Takich słów nie słyszała w domu, tylko poza nim. Córkę wychowuje w poczuciu, że może dokonać wszystkiego. Wspiera ją – tak samo jak jej własna mama. I tak samo akceptuje (choć nie rozumie) niektóre wybory córki, strach o nią zostawiając wyłącznie sobie.

Kobiety to świetne liderki i dobre menadżerki. Przykłady? Dwie Marie – Skłodowska-Curie i Siemionow

Obie wybitne w swoich dziedzinach, ale także świetnie zorganizowane i umiejące zarządzać pracą innych. Są przykładem, że w nauce liczy się poświęcenie, ale i fascynacja codzienną pracą.

Maria Skłodowska-Curie przetarła szlak wielu kobietom – zarówno w nauce, jak i na uczelniach, czy za kierownicą. Była pierwszą kobietą, która po zdaniu na Wydział Fizyki i Chemii poświęciła się pracy odkrywcy. I to jak skutecznie! Współodkryła z mężem polon i rad, badała wraz z nim radioaktywność pierwiastków, była matką współczesnej radiologii.
W czasach młodości Skłodowskiej-Curie kobietom nie było łatwo dostać się na kierunki ścisłe, odmawiano im wielu praw, nie uznawano ich zasług. Francuzom wydawało się, że Skłodowska sama nie mogła wpaść na pomysł badań nad promieniotwórczością, że to w istocie Pierre Curie - mąż przyszłej noblistki - podsunął jej ten pomysł, a potem nadzorował badania, przy których jego żona „tylko pomagała”. Maria Skłodowska-Curie jest zresztą jedynym człowiekiem, który dwa razy otrzymał Nagrodę Nobla – co jest znamienne dla ostatecznego uznania jej zasług.

Skłodowska-Curie nie siedziała tylko w laboratorium. Była także oddaną społecznicą i zaangażowaną organizatorką – po otrzymaniu drugiego Nobla namówiła rząd Francji do budowy Instytutu Radowego (obecnie Institut Curie), w którym prowadzono badania z chemii, fizyki i medycyny. Współpracowała przy tworzeniu Pracowni Radiologicznej Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Dzięki Marii Skłodowskiej-Curie w szkole pielęgniarek w Paryżu utworzono pierwszy we Francji wydział radiologiczny, zaś do końca I wojny światowej pod jej nadzorem wyszkolono 150 laborantek radiologicznych. Podobne kursy kontynuowała przez pierwsze dwa lata po wojnie, szkoląc młodych rentgenologów z całej Europy.

Fot.: Shutterstock


Przez całe życie udowadniała, że żadne wyzwanie nie jest dla niej zbyt trudne. Jak wtedy, gdy jako jedna z pierwszych kobiet w historii zrobiła prawo jazdy na samochód ciężarowy. Dzięki temu mogła prowadzić samochód przewożący aparat rentgenowski, co było jej niezbędne, gdy jeździła na pola bitew I wojny i wykonywała prześwietlenia RTG rannym żołnierzom. Maria Skłodowska-Curie swoje oddanie nauce przypłaciła życiem – po latach wystawiania się na promieniowanie zachorowała na chorobę popromienną. Po śmieci w dowód uznania dla nauki pochowano ją w Panteonie.

Długa droga do celu
Zanim 10 grudnia 2008 roku wybitna polska chirurg plastyczna i transplantolożka profesor Maria Siemionow wraz z zespołem, dokonała czwartej na świecie i pierwszej w USA udanej operacji przeszczepu twarzy, musiało minąć dwadzieścia lat badań naukowych, doświadczeń, prób. Jej pacjentka - jak wszystkie pozostałe operowane wcześniej osoby - doświadczyła tragedii. Twarz straciła w wyniku postrzału, poprzednich pacjentów pogryzł pies, zaatakował niedźwiedź, dotknęła choroba deformująca fizjonomię. Spośród wszystkich operowanych, przypadek pacjentki profesor Siemionow był najrozleglejszy i najbardziej skomplikowany. Po udanej operacji pacjentka mogła wreszcie normalnie oddychać, jeść (wcześniej nie miała szczęki i podniebienia), odzyskała węch i funkcje mimiczne twarzy. To było wielkie dokonanie i osobisty sukces profesor.

Jako dziecko mała Maria robiła wszystko po swojemu. Wspinała się po drzewach, jak chłopcy, ale robiła to w sukience – jak dziewczynka. Lubiła się uczyć, ale także lubiła być we wszystkim najlepsza. Ciekawość nauki sprawiała, że czytała nie tylko to, co było zadane, ale także dużo ponad program. Do tej pory najbardziej lubi, kiedy stawia się jej wysoko poprzeczkę, rzuca wyzwania. Im coś jest bardziej skomplikowane, tym większy jest jej zapał i zaangażowanie. Profesor Siemionow uważa zresztą, że żeby być dobrym naukowcem, trzeba być pasjonatem swojej dziedziny – wtedy jest szansa na odkrycia, a nie tylko pracę odtwórczą.

Maria Siemionow, fot.: Łukasz Giza/Agencja Gazeta


Jak sama przyznaje ma także inne cechy, które sprawiają, że jest dobra w tym, co robi: jest pewna siebie, ale nie zarozumiała, jest indywidualistką, ale nie jest samolubna, ceni także ducha współpracy. Od wielu lat nie tylko bada i operuje, ale także organizuje i kieruje pracą zespołów lekarskich. Już na studiach medycznych przez sześć lat była starościną roku, angażowała się w Radę Wydziału, lubiła także zarządzać projektami. Przez całą swoją karierę profesor Siemionow wykształciła ponad 150 młodych lekarzy z całego świata, w tym prawie 50 Polaków. Opowiadając o swojej pracy, stara się mówić w sposób prosty i zrozumiały – swoje prelekcje traktuje zresztą jak misję edukacyjną.

Profesor Maria Siemionow nie ma wątpliwości, że nie każdy jest predestynowany do pracy w nauce. W wywiadach podkreśla, że jest to zajęcie żmudne i trudne, tylko dla osób, które są odpowiedzialne, otwarte i mające rys innowatora. Profesor ma na szczęście kolejny projekt, który sprawia, że pojawia się błysk w jej oczach: chce wymyślić remedium na dystrofię mięśniową Duchenne’a, na którą chorują tylko chłopcy. Cierpi na nią 350 tysięcy osób, które dożywają maksymalnie do dwudziestego roku życia. Być może profesor Siemionow uda się wynaleźć dla nich lek?

Samotne wilczyce: Wanda Rutkiewicz i Krystyna Chojnowska-Liskiewicz

Same, walczące z przeciwnościami, żywiołami i własnymi ograniczeniami. Himalaistka Wanda Rutkiewicz i kapitan żeglugi Krystyna Chojnowska-Liskiewicz udowadniają, że w kobietach drzemie ogromna siła – zarówno psychiczna, jak i fizyczna.


Kobieta na szczycie
Podobno Wanda Rutkiewicz żyła tak, jak chciała, ale nie miała także nic przeciwko śmierci. W rozmowach z siostrą mawiała, że „jeśli zginie w górach, to znaczy, że tak miało być”. Jej brat z kolei w wywiadach podkreśla, że nikt tak naprawdę Wandy nie znał.

Osiągnięcia Rutkiewicz najlepiej pokazują, że himalaistka narzuciła sobie mordercze tempo w realizowaniu swoich ambicji: z jednej wyprawy wyjeżdżała na kolejną, wchodziła w strefę śmierci, podejmowała ogromne ryzyko i była gotowa iść zawsze na całość. Jej dokonania nie pozostawiają zresztą cienia wątpliwości, jak wiele w alpinizmie osiągnęła: zdobyła osiem z 14 ośmiotysięczników, jako pierwsza kobieta i pierwszy himalaista z Polski weszła na K2, jako trzecia kobieta, pierwszy Polak i pierwsza Europejka na Mount Everest.

W góry pchała ją potrzeba niczym nieograniczanej wolności i autonomii. Nie lubiła codzienności, rutyny, powtarzalności, stabilizacji i zwykłego przyziemnego życia. Po raz pierwszy zaczęła się wspinać na drugim roku studiów z łączności na Politechnice Wrocławskiej. Kiedy koledzy każą jej czekać na siebie w Górach Sokolich w pobliżu Jeleniej Góry, ona nie potrafi wysiedzieć na miejscu. Po pewnym czasie okazuje się, że Wanda, zamiast czekać, ruszyła za nimi i jest na skale – 20 metrów nad ziemią, bez liny i asekuracji.

Wanda Rutkiewicz, fot.: Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki

Podczas studiów Wanda Rutkiewicz skończyła kurs taternicki i po kolei zaliczyła wszystkie najtrudniejsze trasy w Tatrach. Po ukończeniu studiów ma dyplom inżynier-elektronik i pracuje w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych. Wtedy zaczyna wyjeżdżać w Alpy. Żeby wzmacniać mięśnie i przygotowywać się do wypraw, do Instytutu chodzi z plecakiem wypełnionym kamieniami, śpi w śpiworze na strychu, by przyzwyczaić się do zimna, więcej czasu spędza w namiocie niż w domu. Swój pierwszy siedmiotysięcznik – Pik Lenina w Pamirze – zdobywa na głodzie tlenowym, wyczerpana i pochylona, żeby nie widzieć, ile metrów zostało jej do szczytu.

Jak piszą jej biografowie, Wanda Rutkiewicz nie miała łatwego charakteru – w górach zamieniała się w nieznoszącą sprzeciwu dyktatorkę, nieakceptującą decyzji mężczyzn indywidualistkę. Miłością do gór i alpinizmu zaraziła jednak inne kobiety, organizując narodowe wyprawy kobiece i umożliwiając paniom wyjazdy w Himalaje. Wspólnie z Haliną Krüger-Syrokomską (jako pierwsze kobiety) przeszła wschodni filar norweskiego Trollryggenu, czyli jedną z najtrudniejszych dróg na świecie. Walczyła z traktowaniem kobiet w górach jako ludzi drugiej kategorii. Nawet Jerzy Kukuczka, który nie ukrywał swoich patriarchalnych poglądów (mawiał, że „baby się w góry nie nadają”) miał dla niej szacunek – bo „ona potrafiła się wspinać”.

Wanda Rutkiewicz stała się wizytówką polskiego alpinizmu – była piękną kobietą, znającą języki obce, zjednującą ludzi od pierwszego kontaktu, uśmiechniętą, porywającą entuzjazmem. Przeszkody i trudności były dla niej najlepszym paliwem. Kiedy słyszała, że coś się nie uda, stawała na głowie, żeby udowodnić, że to nieprawda. Nie dawała sobie żadnej taryfy ulgowej, miała niezwykle silną wolę, a ciało traktowała jak narzędzie, które miało służyć do osiągania celów. Mawiała, że „każdy ma swój Everest”.

Wanda Rutkiewicz zaginęła w 1992 roku, podczas zdobywania trzeciego pod względem wysokości masywu na świecie – Kanczendzongi. O tej górze mówi się, że nie lubi kobiet – weszły na nią tylko cztery, a po drodze na szczyt zginęło kilkanaście. Rutkiewicz chciała być tą pierwszą, która poskromi szczyt. Miała wtedy 49 lat. Matka Wandy – Maria Błaszkiewicz – aż do swojej śmierci wierzyła, że jej córka żyje i zeszła do nepalskiego klasztoru. I była w tym przekonaniu tak nieustępliwa, jak nieustępliwa była jej córka wobec gór.

Wizerunek Wandy Rutkiewicz na warszawskim muralu, fot.: Krzysztof Ćwik/Agencja Gazeta


Dwa lata na morzach
Samotność nigdy także nie stanowiła problemu dla żeglarki kapitan Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz. "Sama na morzu czułam się wolna. Nikt mi niczego nie mógł kazać" – mawia w wywiadach. O prawdziwości jej przekonania najlepiej świadczy fakt, że w 1978 roku, po dwóch latach na pokładzie jachtu „Mazurek” zakończyła wyjątkowy rejs. Rejs, podczas którego jako pierwsza kobieta samotnie opłynęła kulę ziemską.
W żeglowaniu przyszła rekordzistka Guinnessa zakochała się w dzieciństwie. Wychowywała się w Ostródzie, krainie wielkich jezior, na których zdobywała pierwsze szlify żeglarskie. Później przyszedł czas na lekturę pisma „Morze” i zachwyt nad wielkimi statkami. Zdjęcia majestatycznych okrętów sprawiły, że po maturze zdała na Wydział Budownictwa Okrętowego Politechniki Gdańskiej, a po studiach - wspólnie z poznanym na wydziale mężem Wacławem Liskiewiczem - zajęła się projektowaniem statków w Stoczni Gdańskiej.

Oprócz pracy małżeństwo Liskiewiczów uczestniczyło w wyprawach morskich i rejsach na należącym do nich jachcie „Mechatek”. Skąd jednak wziął się pomysł na samodzielny kobiecy rejs? W 1975 roku dotarło do kapitan Chojnowskiej-Liskiewicz, że jak dotąd jeszcze żadna kobieta nie opłynęła samotnie Ziemi. Pomyślała wtedy, że po pierwsze do zrobienia jest coś wielkiego, a po drugie, że jest to w jej zasięgu. Miała już przecież w kieszeni patent sternika jachtowego, sternika morskiego i uprawnienia jachtowego kapitana żeglugi wielkiej. Realizacja marzeń o dalekich rejsach była zdecydowanie na wyciągnięcie ręki.
Na to nałożyły się jeszcze sprzyjające warunki, bo - jak wspominała w swojej książce "Pierwsza dookoła świata" - na przełomie lat 60. i 70. kobiece żeglowanie stawało się popularne. W czerwcu 1975 roku Polski Związek Żeglarski wybrał ją do samotnego rejsu dookoła świata, gwarantując zabezpieczenie finansowe.

Pod kątem samotnej podróży dookoła świata powstał jacht "Mazurek". W sześć miesięcy zaprojektowano go, zbudowano i wyposażono. Projektowaniem jachtu zajął się Kierownik Biura Projektowego Stoczni Jachtowej, mąż żeglarki, inżynier Wacław Liskiewicz.
Po powrocie z rejsu Chojnowska-Liskiewicz została odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski i złotym medalem "Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe". Jej wyczyn trafił do Księgi Rekordów Guinnessa. Panią kapitan za jej dokonanie odznaczono także francuskim srebrnym medalem Ministra Sportu i Młodzieży - wówczas takim wyróżnieniem wśród Polaków mogła się pochwalić jedynie wybitna lekkoatletka Irena Szewińska.

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz mówi w wywiadach, że ma taki charakter, że nie boi się nieznanego, jest spokojna, nie martwi się na zapas. To, że jej rejs zakończył się sukcesem, zawdzięcza przede wszystkim temu, że była perfekcyjnie przygotowana. W wywiadach zapewnia, że przez całe życie uczyła się samodzielności, nigdy nie mogła sobie pozwolić na to, żeby być słaba. I to zaprocentowało.
A samotność? Jak zapewnia kapitan, dla samotnego żeglarza największym zagrożeniem jest ryzyko, że wypadnie za burtę. I tyle. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz zapewnia, że w swoim towarzystwie nigdy się nie nudzi. W rejs bardzo chciała popłynąć. Miała cel, plan i dobre przygotowanie połączone z pasją. Co mogło pójść nie tak?