Kobiety stojące w cieniu mężczyzn na świeczniku

Danuta Wałęsa i Lidia Niedźwiedzka-Owsiak - obydwie brały czynny udział w tworzeniu historii. Pierwsza, jako żona Lecha Wałęsy dawała mu wsparcie i sprawiała, że nie zaprzątał sobie głowy przyziemnymi sprawami, druga wspólnie z mężem Jurkiem Owsiakiem od ponad dwudziestu lat gra dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zapewniając jej stabilne funkcjonowanie.

Siła, która stoi za tronem

O Lidii Niedźwiedzkiej-Owsiak mówi się, że jest siłą, która stoi za tronem. Ona sama wyjaśnia, że siła jest w nich, w tym co robią wspólnie z Jurkiem Owsiakiem, nie ma jednego, bez drugiego. Dlaczego więc, skoro od ćwierć wieku pracują razem w jednej fundacji zarządzającej Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy o “Dzidzi”, jak jest zwana przez najbliższych, tak niewiele wiadomo? To jest świadoma decyzja dyrektor medycznej fundacji WOŚP. Występy publiczne i przed kamerami bardzo ją stresują, nie chce także wpuszczać do swojego życia dziennikarzy. Po wyjściu z pracy lubi zamknąć drzwi mieszkania, włączyć muzykę i odciąć się od świata, nie zagląda także do Internetu.

Taka postawa jest też z pewnego punktu widzenia formą ochrony - najwięcej ciosów i słów krytyki spada na bardziej medialnego Jerzego Owsiaka, nie na nierozpoznawalną Lidię Niedźwiedzką-Owsiak.
Żona Jurka Owsiaka nie od razu dołączyła do fundacji. Po kilku latach przyglądania się funkcjonowaniu współtworzonego przez męża WOŚP, uznała, że organizacji przydałoby się zapanowanie nad chaosem i żywiołem - potrzebny jest ktoś, kto wszystko uporządkuje, nada temu ramy. Poczuła, że przyda się w fundacji i przysłuży się jej funkcjonowaniu. W przeciwieństwie do rozbieganego Owsiaka, który chce robić wiele rzeczy naraz oraz może sprawiać wrażenie spontanicznego i niepoukładanego, Lidia Niedźwiedzka-Owsiak w pracy jest systematyczna i konsekwentna. Mąż podkreśla jeszcze jedną jej cechę, o której ona sama nie wspomina. Mowa o empatii. Niedźwiedzka-Owsiak przejmuje się ludźmi i ich sprawami, czyta od nich listy, pochyla się nad ich historiami i prośbami. Dlatego zdecydowali, że zaangażowanie pani Lidii nie będzie jedynie doraźne, gasząc pożary i wypełniając luki w potrzebach, ale systemowe - rozwiązując złożone problemy. Czego widzimy efekty, skoro lekarze twierdzą, że bez WOŚP nie byłoby polskiej neonatologii.

O Lidii Niedźwiedzkiej-Owsiak mówi się, że jest siłą napędową fundacji. Sama pani Owsiak podkreśla, że wszystkie decyzje zawsze są podejmowane wspólnie, chociaż śmieje się, że z biegiem lat coraz bardziej broni swoich racji, protestuje, walczy. Z kolei jej zdaniem Jerzy Owsiak na starość stał się bardziej dyplomatyczny, wyważony i zachowawczy.

Jak przyznaje w wywiadach, praca dla WOŚP jest sensem jej życia, realizuje się w niej, może podejmować istotne i potrzebne działania na rzecz drugiego człowieka. Ważne jest dla niej także zaufanie, jakim, wrzucając pieniądze do puszek, obdarzają WOŚP Polacy. Pani Lidia jest tym samym równoważną partnerką pozostającą w cieniu męża na własne życzenie.

„Jak mi poszło?” „Na trzy z plusem”

Dla wielu kobiet wzorem do naśladowania może być Danuta Wałęsa. Była Pierwsza Dama przez wiele lat pozostawała w cieniu męża, ale z niego wyszła i zdecydowała się zabrać głos, w czym pomogło jej napisanie książki „Marzenia i tajemnice”.

Danuta Wałęsa nie miała łatwego życia. Mówi o sobie, że zawsze była twarda, mocno stąpała po ziemi, nie rozczulała się w trudnych sytuacjach. Młodsza od męża o sześć lat, uważała go za mądrzejszego od siebie. Jak wspomina, Lech Wałęsa wychowany był w patriarchacie absolutnym, z którym w ogóle nie dało się polemizować. Danuta Wałęsa urodziła ośmioro dzieci w latach osiemdziesiątych, w czasie strajków, kiedy jej mąż stał się nagle kluczową postacią wśród robotników i obiektem zainteresowania władzy.

Danuta Wałęsa, fot.: Mateusz Skwareczek, Agencja Gazeta


W ich niewielkim mieszkaniu ciągle kłębił się tłum obcych ludzi: robotników, działaczy, dziennikarzy. To nie były normalne warunki dla kobiety w połogu z gromadką dzieci przy boku. Jak przyznaje po latach, Lech Wałęsa poświęcił rodzinę dla polityki, a ona siebie dla rodziny. Przez całe swoje życie stała murem za mężem, dawała mu wsparcie, niewiele oczekując i równie mało dostając w zamian. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Danuta Wałęsa powiedziała: „Od 1980 roku nigdy nie rozmawialiśmy o swoich pragnieniach. Powoli przyzwyczajałam się do bycia samej”. Co gorsza, mąż bywał w stosunku do niej krytyczny. Kiedy zapytała, jak poradziła sobie w czasie odbierania pokojowej nagrody Nobla, odparł, że „na trzy z plusem”.

Dla Danuty Wałęsy wyzwalający był jednak rok 2011, kiedy ukazały się jej wspomnienia “Marzenia i tajemnice”, w której szczerze przedstawiła widzianą ze swojej strony historię rodziny.

Zawalczyła o swoją niezależność, usłyszeliśmy jej głos, wyraźnie wyraziła swoje zdanie. Ta książka stała się inspiracją dla wielu kobiet z jej pokolenia. Mówi o tym sama Danuta Wałęsa bazując na informacjach uzyskanych podczas spotkań z czytelniczkami. Po lekturze coś się w nich przebudzało, zmieniało, nagle odkrywały, że po 30 latach małżeństwa mają dość bycia podległymi, ciągłego zaspokajania potrzeb innych kosztem własnych.

Lechowi Wałęsie ciężko było zaakceptować sukces książki i emancypację żony. ”Nadal się z moim zdaniem nie liczy” - mówi gorzko w wywiadach Danuta Wałęsa. Ale sama Danuta wyszła z cienia, z postaci niewidocznej i zależnej, stała się autonomiczną. Ma czas dla siebie, koleżanek, na przyjemności i wyjazdy. Jakby po latach życia dla innych, wreszcie żyła dla siebie.

Królowe ludzkich serc, damy polskiej literatury

Przez jednych nagradzane: Nike, Paszportami Polityki, międzynarodową Booker International Prize, a przede wszystkim Noblem, przez innych krytykowane i oceniane jako “pisarki romansideł dla kucht”. W jakiejkolwiek by się szufladce nie znalazły, polskie literatki odnoszą sukcesy - uznanie i miliony sprzedanych egzemplarzy.

Chociaż jak wynika z raportu czytelnictwa Biblioteki Narodowej, ponad 20 milionów Polaków nie wzięło w 2015 roku ani jednej książki do ręki (to tendencja wzrostowa), ich książki wciąż znajdują się na listach bestsellerów, przyczyniając się tym samym do promocji czytania. Jeśli więc lektura chociaż jednego kryminału Katarzyny Bondy, wywoła chęć sięgnięcia po kolejne jej powieści, a później wskrzesi zainteresowanie kolejnymi autorami to chwała jej! I im, bo polskie pisarki są czytane, doceniane i świetnie się sprzedają.

Szczyt uznania

Na świecie najbardziej znaną pisarką z Polski jest niewątpliwie Olga Tokarczuk, która, zanim została prozatorką, pracowała jako psycholożka. Jej doskonała passa pisarska trwa od 1996 roku, kiedy ukazała się powieść “Prawiek i inne czasy”. Ta książka zdobyła uznanie krytyków, ale pokochali ją także czytelnicy - doceniając nagrodą publiczności Nike. Tokarczuk jako jedyna pisarka nagrodę publiczności otrzymała jeszcze cztery razy, a jury Nike przyznało jej dwa razy. Tokarczuk zauważyli także krytycy poza Polską. W 2018 roku otrzymała w Londynie międzynarodową nagrodę The Man Booker International Prize za powieść „Bieguni” wydaną w 2008 roku. Tokarczuk znajduje się w grupie pisarek docenianych przez krytyków za wysmakowaną prozę i kunsztownie prowadzoną narrację. W 2019 roku otrzymała literacką nagrodę Nobla za "narracyjną wyobraźnię, która wraz z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic, jako formę życia".

Najlepsze debiuty

W tej samej grupie pisarek docenianych przez krytyków znalazła się Joanna Bator. Zanim zaczęła pisać, Bator przez dziewięć lat była pracownikiem naukowym PAN, gdzie prowadziła badania jako adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Później wykładała w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych. „Japoński wachlarz” powstał podczas dwuletniego pobytu naukowego na stypendium w Japonii właśnie. Na swoim koncie Bator ma również nominację do Nagrody Literackiej Nike za książki „Piaskowa góra” oraz „Chmurdalia”. Bator jest laureatką nagrody im. Beaty Pawlak, przyznawanej za książki z dziedziny antropologii, za „Japoński wachlarz". Bator w świecie literatury pojawiła się nagle, ale natychmiast znalazła niszę i oddanych czytelników. W literaturze Joanny Bator uderza opis polskich realiów, sięganie do wspólnych przeżyć i wspomnień, pokazywanie niewyretuszowanej rzeczywistości.
W 2019 roku jej powieść „Ciemno, prawie noc” doczekała się ekranizacji. W filmie wyreżyserowanym przez Borysa Lankosza zagrali m.in. Magdalena Cielecka i Marcin Dorociński. Bator mówi w wywiadach, że chce, żeby jej książki były czytane i kochane, a jej samej pozwalały na spokojne życie. Na tym - jak zapewnia pisarka - zależy jej bardziej niż na uznaniu krytyków. Jak mówi, jest tak egocentrycznie skupiona na swoim świecie twórczym, że ani pozytywna, ani negatywna krytyka nie ma na nią wielkiego wpływu.

Joanna Bator, fot. Michał Walczak, Agencja Gazeta


Największą eksperymentatorką i cudownym dzieckiem polskiej literatury na zawsze już chyba pozostanie Dorota Masłowska. Jej przygoda z pisarstwem zaczęła się od wygranej w konkursie „Dzienniki Polek” zorganizowanym w 2000 roku przez miesięcznik „Twój Styl”. Cokolwiek Masłowska tworzy - czy jest to powieść, dramat czy teledysk kręcony pod pseudonimem Mister D - zaskakuje. Jej „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” określa się mianem „powieści dresiarskiej”. Choć Masłowska napisała ją mając zaledwie dziewiętnaście lat, to książka natychmiast stała się prawdziwą sensacją i sprzedażowym hitem. Debiut Masłowskiej przetłumaczono na siedem języków, została także przeniesiona na ekran przez Xawerego Żuławskiego. Napisany przez nią dramat z 2006 roku „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" został wystawiony w TR Warszawa (w reżyserii Przemysława Wojcieszka). Na deski Teatru Studio trafiła także „Jak zostałam wiedźmą" (wyreżyserowana przez Agnieszkę Glińską). Masłowska czujnie obserwuje, wsłuchuje się w język otoczenia, a później w oryginalny sposób bawi się nim. Czasami można odnieść wrażenie, że jest jak Madonna literatury, żeby się nie nudzić, sama na nowo siebie wymyśla.

Dorota Masłowska, fot. Jakub Włodek, Agencja Gazeta


Dwie królowe Katarzyny

Na przeciwnym biegunie są dwie Katarzyny - Bonda i Grochola. Tę pierwszą nazywa się królową polskiego kryminału, o drugiej mówi się, że od lat siedzi na tronie królowej polskiej literatury kobiecej. Katarzynę Grocholę najbardziej ucieszyło, gdy kilka lat temu Biblioteka Narodowa ogłosiła, że najpopularniejsi autorzy w Polsce to: Mickiewicz, Sienkiewicz oraz. Grochola.

Zanim Grochola zaczęła pisać była: salową, pomocnicą cukiernika, dyrektorką składu celnego, konsultantką w biurze matrymonialnym, redaktorką odpowiadającą na listy czytelniczek w „Poradniku Domowym” i „Jestem” oraz „właścicielką spółki, która zbankrutowała” (jej własne słowa) i autorką wywiadów. Równolegle Grochola pisała do szuflady. W pewnym momencie stwierdziła, że zaryzykuje i napisze książkę, bo co gorszego, oprócz potencjalnej kompromitacji, może ją spotkać?
Porażka się jej nie przydarzyła, wprost przeciwnie - Grochola osiągnęła spektakularny sukces - sprzedała zawrotną (jak na rynek wydawniczy nie tylko polski, ale i europejski) liczbę - pięciu milionów egzemplarzy książek (20 wydanych pozycji na koncie), które dodatkowo zekranizowano. Jest popularna i rozpoznawalna. A ostatnią powieścią „Zranić marionetkę” stara się wyjść poza ramy powieści obyczajowych, które sama swoim książkom i pisarstwu nadała i. napisała kryminał. Nagrody, które trafiają w ręce Grocholi, nie pochodzą od jury składającego się z krytyków, ale są dowodami uznania jej popularności (dwie nagrody „As Empiku” oraz Nagroda Księgarzy).

Katarzyna Grochola, fot. Jakub Włodek, Agencja Gazeta


1 mln 400 tysięcy? Więcej

Sukces wydawniczy jest także udziałem Katarzyny Bondy. Bondę od innych pisarek odróżnia niezwykłe zaangażowanie w promowanie swoich powieści. Dla niej postawienie ostatniej kropki w tekście to nie koniec pracy, a początek. Bonda jest niezwykle pracowita - zapewnia, że pisania można się nauczyć, że to praca, która wymaga systematyczności, a nie weny. Jak przyznaje, pisania i budowania opowieści się uczyła – w ciągu pięciu lat od debiutu w 2007 roku była na kilku kursach kreatywnego pisania w Polsce i w Wielkiej Brytanii, skończyła szkołę scenariuszową. W pracy pisarki pomogło jej wieloletnie doświadczenie dziennikarskie. Przeżyciem, które pchnęło ją ostatecznie w stronę literatury, był wypadek samochodowy, w którym spowodowała nieumyślnie śmierć pieszego. Po tym wydarzeniu chodziła na terapię i choć jeszcze chwilę pracowała w mediach, ale psychicznie była już gdzieś indziej – w literaturze kryminalnej.
Ona – podobnie jak Grochola, także zdobyła uznanie rynku – debiut („Sprawa Niny Frank”) doceniono nominacją do Nagrody Wielkiego Kalibru oraz wyróżniono „Debiutem roku” (przez Wydawnictwo Media Express), zaś „Okularnik” był „Bestsellerem Empiku”.
Na przykładzie Bondy warto pokusić się o wzmiankę o sukcesie finansowym. Jak podaje Biblioteka Analiz w swoich wyliczeniach za 2015 r., Katarzyna Bonda sprzedała 105 tys. egzemplarzy powieści „Okularnik”, 90 tys. „Pochłaniacza” i 75 tys. „Tylko martwi nie kłamią”. Z kolei w rankingu najlepiej zarabiających polskich pisarzy „Polska Bez Cenzury” Katarzyna Bonda znalazła się na drugim miejscu. Twórcy rankingu wyliczyli, że Bonda zarobiła na pisaniu 1,46 mln zł. Na temat zarobków Bondy krąży zresztą pewna anegdota – czy prawdziwa, trudno stwierdzić. Ponoć zapytana, czy to prawda, że ma na koncie 1 mln 400 tysięcy zł, miała się uśmiechnąć i powiedzieć tylko jedno słowo: „więcej”.

Katarzyna Bonda, fot. Małgorzata Kujawka, Agencja Gazeta


Wszystkie wymienione pisarki zostały nimi z wyboru, czy trafniej – pisarskiej potrzeby – po innych doświadczeniach i na różnych etapach życia. Wszystkim udaje się żyć z pisania i wydawać książki na własnych zasadach – jak Olga Tokarczuk, która „Księgi Jakubowe” pisała sześć lat, czy Joanna Bator, która między kolejnymi powieściami miewa kilkuletnie przerwy. Jedne trzymają się stylu i gatunku, inne lubią eksperymenty z formą i treścią. Co jednak ważne są czytane, a ich sukces to dowód, że każda droga jest dobra, aby dojść do celu. Bo co złego może się stać, jeśli spróbujemy własnych sił w literaturze, czy innej dziedzinie? Zła recenzja, krytyczne opinie? Przykłady wspominanych wyżej pań pokazują, że jeśli nie zaryzykujemy, nie spotka nas ani klęska, ani... sukces.

Mówią rzeczy dla wielu niewygodne i zabierają głos w imieniu tych, którzy głosu nie mają

Kinga Rusin i Joanna Krupa to chyba dwie najbardziej znane, zaangażowane w walkę o ekologię słynne kobiety w Polsce. Obie walczą z przemysłem futrzarskim, ale łączy je jeszcze jedno - oddają się sprawie bez reszty.


Wzrost świadomości

Dziennikarka Kinga Rusin wcale nie udaje, że na początku nie była świadomą konsumentką, osobą żyjącą zgodnie z zasadami ekologii. Na 21. urodziny dostała od ojca w prezencie futro z norek. Wydawało jej się wtedy piękne, lekkie, modne. Po latach, kiedy dowiedziała się, jak pozyskuje się skóry na futra, w jakich warunkach hodowane są zwierzęta futerkowe, przeszła na drugą stronę barykady. Od tego czasu zapewnia, że nie założy już nigdy futra, bo powstają one dla ludzkiej próżności. Jak odpiera zarzut, że nie powinna także nosić skórzanych butów i toreb? Rusin argumentuje, że galanteria skórzana pochodzi ze skór, które są odpadami z produkcji mięsa, pozwalają więc zabite zwierzę wykorzystać w 100 procentach (z szacunku dla jego śmierci tak powinno się robić). Podkreśla, że torebki z ekoskóry, to skaj, plastik, który rozkłada się w środowisku nawet 500 lat.

Kinga Rusin, fot.: Wojciech Nekanda-Trepka, Agencja Gazeta


Zagorzałą przeciwniczką futer jest także modelka i prezenterka Joanna Krupa. Wystąpiła w kampanii społecznej amerykańskiej organizacji PETA (People for the Ethical Treatment of Animals). Podobno Krupa jest zresztą drugą po Pameli Anderson gwiazdą, zdjęcia z którą mają największy wpływ na odbiorców i oddźwięk społeczny. Krupa protestowała także pod butikiem z ubraniami sióstr Kardashian, które używają w swoich kolekcjach naturalnych futer.

Kinga Rusin przyznaje w wywiadach, że droga do ekologii zajęła jej trochę czasu, nie wszystko było dla niej oczywiste. Ciemną stronę hodowli zwierząt odkrył przed nią kilkanaście lat temu Michał Piróg. Dziennikarka kręciła wtedy odcinki do programu “You Can Dance” i spędzała dużo czasu z choreografem. To on pokazał jej filmy z ubojni, z ferm zwierząt hodowlanych i futerkowych, z rzeźni. To odmieniło jej życie, ale na ostateczny krok, czyli zrezygnowanie z jedzenia mięsa potrzebowała więcej czasu. Sama zresztą przekonuje, że na początku - dla dobra planety - wystarczy jedzenie mięsa po prostu ograniczyć.

Sercu Joannie Krupy najbliższe są niechciane psy i adopcje zwierząt ze schronisk. Od lat namawia do przygarniania psów ze schroniska zamiast ich kupowania. Sama ma pięć psów, wszystkie pochodzą z adopcji. Kilka z nich jest już leciwych, ale są z modelką od szczeniaka i gwiazda traktuje je jak dzieci. Skalę zaangażowania i oddania Krupy pupilom najlepiej oddaje historia jednej z jej suczek. Nieżyjący już piesek był bardzo chory, miał raka. Krupa woziła pupila do onkologa i na akupunkturę. Kiedy Joanna przyjeżdża do Polski odwiedza schroniska i wspiera je - była w kieleckich Dyminach czy na warszawskim Paluchu, miała w stacji TVN swój program poświęcony adopcjom. Krupa uważa zresztą, że psy w polskich schroniskach mają lepiej niż w USA. W Stanach Zjednoczonych bowiem co roku kilka milionów bezpańskich zwierząt jest po prostu usypianych - i nie ma znaczenia, czy są młode, czy stare.

Joanna Krupa, fot.: Shutterstock


Mocne słowa

Zarówno Rusin, jak i Krupa nie boją się bronić swoich poglądów i głośno wyrażać opinii. Rusin buntuje się przeciwko temu, co dzieje się lasach państwowych - wycince drzew, odstrzałowi zwierząt. Pisała protesty, kiedy zagrożona była Dolina Rospudy i Puszcza Karpacka, w której zagrożone były miejsca lęgowe sóweczek i wiekowe drzewa.
Krupa także nie szczędzi krytyki - za noszenie naturalnych futer dostało się modelce Anji Rubik, aktorkom Annie Musze i Weronice Rosati. Z kolei za oddanie psów do schroniska posłance Joannie Scheuring-Wielgus.
Kinga Rusin nie tylko krytykuje, wdaje się w facebookowe polemiki, ale także intensywnie edukuje. Dziennikarka dzięki eksperckiej wiedzy dostarczanej przez organizacje typu Greenpeace czy WWF Polska jest świetnie przygotowana merytorycznie. Ma zawsze kontrargumenty poparte wiedzą z badań i raportów. Podając je otwiera nam oczy na wiele spraw.

Wydaje się wam, że jesteśmy zielony płucami Europy? Wprost przeciwnie - oburza się Rusin - zaledwie 1,1 procent powierzchni Polski to parki narodowe z lasami bogatymi w różne gatunki drzew. W Polsce 58 procent drzew stanowi sosna, którą sadzi się i ścina, sadzi i ścina, traktują wyłącznie hodowlano. Dzięki twarzy i głosowi Rusin - trudne i nieciekawe analityczne zestawienia stają się bardziej ludzkie i przystępne.

Rusin mówi o sobie, że jest działaczką, która broni swoich poglądów. Chciałaby żyć w myśl filozofii zero waste, ale na razie robi tyle, ile jest w zasięgu jej możliwości. Namawia do robienia małych kroków: zakręcania wody podczas mycia zębów, picia kranówki, wyjmowania ładowarek z kontaktów, segregowania śmieci.

Kto obserwuje profil Joanny Krupy na Instagramie ten wie, że jej publikacje na Instastory dotyczą głównie historii maltretowanych zwierząt, informacji o psach do adopcji i drastycznych przypadków maltretowania ich.

W przypadku Rusin i Krupy widać, że ich zaangażowanie jest autentyczne. Nie jest to firmowanie twarzą jednej akcji, ale codzienne konsekwentne stawianie się lepszym, odpowiedzialnym za otoczenie, dawanie przykładu do naśladowania i dzielenie się wiedzą.

Na stereotypy i szowinizm najlepiej działają wzorowe przygotowanie i merytoryczne argumenty

Jak wspomina Izabela Zawisza, doktor nauk biologicznych w dyscyplinie biofizyka, pewnego dnia zaczęła zastanawiać się nad problemem alergii na metale. I nagle pojawił się pomysł, który po wielu badaniach i testach ostatecznie doprowadził jej zespół badawczy do wynalezienia chitathione. Po wielu przejściach ten biopolimer znalazł się w kremie ochronnym pomagającym przy alergii na nikiel.


Metal jest wszędzie, a szkodzi wielu
Statystyki są bezlitosne. Na nikiel jest w Polsce uczulone 17% populacji kobiet i 3% mężczyzn, a alergię kontaktową na metale ma nawet 40% społeczeństwa. Większość osób może być w ogóle niezdiagnozowanych prawidłowo i leczyć się objawowo na inne choroby. Alergia na metale może być bowiem mylona z atopowym zapaleniem skóry, a średni czas dzielący chorego od postawienia prawidłowej diagnozy to pięć lat.
Co gorsza, nie wymyślono do tej pory leku na wyleczenie alergii na metale - można jedynie unikać alergenu. Kto ma uczulenie na metale, ten wie, że takie zalecenie jest bardzo trudne do zrealizowania – alergen jest właściwie wszędzie – w przedmiotach codziennego użytku, w kosmetykach. W skrajnych przypadkach może być bardzo uciążliwy i utrudniać normalne funkcjonowanie – tak poważne bywają w tym wypadku problemy ze skórą. Potrzeba bardzo cierpliwego i drobiazgowego diagnosty, który odkryje, że uczula nas. czarny barwnik w ulubionej kurtce lub. tusz do rzęs.

Panaceum i ochrona
Alergię na metal miał dziadek dr Izabeli Zawiszy – po latach dowiedziała się, że z tego powodu nie nosił na przykład zegarka na ręce, tylko w kieszeni. Przypadek dziadka dał jej domyślenia i na szczęście trafił na podatny grunt, bo Izabela Zawisza jest doktorem nauk biologicznych w dyscyplinie biofizyka, prawdziwą entuzjastkę rozwiązywania problemów zdrowotnych i cywilizacyjnych poprzez działania naukowe. Przy danych na temat powszechności alergii na metale i braku remedium, postanowiła zająć się badaniami cząsteczek, które mogłyby zrewolucjonizować tę dziedzinę życia. Jak mówi w wywiadach, pomysł na cząsteczkę niwelującą alergię kontaktową wpadł jej do głowy podczas brania prysznica, jednak droga, którą pokonała - z kąpieli do tubki własnego specyfiku na półce w łazience, była długa i kręta. Bo sam pomysł i odkrycie nie wystarczą. Trzeba zrobić wiele badań cząsteczki, w toku których może się okazać, że 98% hipotez badawczych jest błędnych, a ledwie dwa procent to odkrycia przez duże „o”.
Chitathione – bo taką nazwę ma zgłoszony do ochrony patentowej biopolimer - znalazł się w tych dwóch procentach, co jednak wciąż nie wzbudziło światowej sensacji i zainteresowania koncernów kosmetycznych.

Jak krem ochronny na słońce
A wydawało się, że będzie inaczej. Bo oto dr Zawisza miała pomysł na rewolucyjny produkt – krem osłonowy, działający ochronnie – całkiem jak krem z filtrami UV. Jej innowacyjny produkt miał jednak chronić nie przed promieniami słonecznymi, ale przed kontaktem z alergenem, czyli metalem. Dr Zawisza była przekonana, że w takiej sytuacji, przy takim rozpowszechnieniu problemu i braku na niego leków, pomysł preparatu będzie strzałem w dziesiątkę. Nic bardziej mylnego. Badaczka spotkała się z przedstawicielami trzech firm kosmetycznych. I tyle wystarczyło, żeby zniechęcić naukowczynię do dalszych rozmów z kolejnymi markami. Producenci obawiali się, że produkt będzie za drogi, że jego promocję musi poprzedzić edukacja konsumenta. „Wydawało mi się, że jak świat się dowie o chitathione i jego działaniu, to zostaniemy zasypani propozycjami” – wspomina. W końcu produkt był skuteczny i rozwiązywał realny problem. Dr Zawisza jest osobą bardzo konsekwentną, niegodzącą się na kompromisy. Sugestie potencjalnych producentów, żeby zmniejszyć stężenie chitathione w formule produktu (i zwiększyć zysk kosztem jakości kosmetyku) absolutnie nie wchodził w rachubę. Wiara w produkt, jego udowodnione naukowo działanie i chęć pomocy osobom z alergią na nikiel sprawiła, że dr Zawisza wyszła poza świat naukowy i weszła w biznesowy.

Zawisza uparła się, że chce wymyślone przez siebie kosmetyki wprowadzić na rynek. Ostatecznie sama z pomocą prywatnych inwestorów stworzyła dwie linie preparatów - jedną dla alergików, drugą dla osób stawiających na profilaktykę. I tak badaczka musiała porzucić probówki i menzurki stawić czoła biurokracji, zakładaniu firmy, kwestii wybory nazwy, opakowań, promocji.

Budowa merów tworzących cząsteczkę chitathione, fot.: Wikipedia


Wdzięczni klienci
Nie obyło się bez błędów, których naukowczyni nie traktowała jednak jak porażek, tylko jak lekcje, z których należy wyciągnąć wnioski. Dr Zawisza sama wspomina, że pierwszy brand był przetarciem szlaku. Nazwa Nidiesque [„nidisk” – przyp. red.] okazał się za trudna do wymówienia i dla lekarzy, i dla pacjentów. Teraz, z perspektywy kilku lat istnienia marek i centrum rozwojowo-badawczego powstałego wokół nich, dr Zawisza mówi, że jej firma osiągnęła duży sukces merytoryczny, ale niewystarczający sprzedażowy. Być może w Polsce nie ma jeszcze świadomości potrzeby ochrony przed metalami, bo marce Nuev z większym powodzeniem udaje się wchodzić na rynki zagraniczne niż zdobyć popularność na polskim. Dla badaczki i bizneswoman dużą satysfakcją i nagrodą za upór są wiadomości i opinie od zadowolonych klientów, którzy twierdzą, że dzięki stworzonemu przez nią preparatowi wrócili do pracy, że poprawił się stan skóry dziecka.

Wyjście poza świat nauki był dla dr Zawiszy także cenną lekcją. Przekonała się, że konsekwencja w dążeniu do celu jest bardzo ważna. Doświadczyła także na własnej skórze, że stereotypy na temat atrakcyjnych kobiet wciąż mają się dobrze, ale że warto z nimi walczyć merytorycznym przygotowaniem. Bo Zawisza nie raz słyszała, że „skoro ma ładną buzię, to jej krem pewnie działa”. Na spotkaniach biznesowych wielokrotnie musiała stawić czoła mężczyznom, którzy byli całkiem nieprzygotowani, bagatelizowali ją. I przegrywali, bo ona była merytorycznie gotowa zbić każdy argument.

Dr Zawisza udowadnia także, że warto się przełamywać, pokonywać własne ograniczenia. Dla niej świat biznesu był zupełnie nowy, podobnie jak gąszcz formalności i urzędowych pozwoleń związanych z założeniem i funkcjonowaniem firmy. Kiedy jednak widzi się cel i głęboko wierzy w powodzenie sprawy, żadne wyzwanie nie jest zbyt duże. A dr Zawisza bardzo chciała zobaczyć swoje kosmetyki na rynku. Co więcej, rozwinęła firmę, tworząc świetnie funkcjonujący zespół badawczy, dodała do produkcji kosmetyków drugą odnogę – prowadzenie badań dla klientów zewnętrznych. A wszystko to, o czym w dobie równości i równouprawnienia nie należałoby wspominać – w ciąży i później z malutkim dzieckiem u boku jako samotna matka, w rozjazdach. Jak jednak mówi dr Izabela Zawisza, wyzwania uruchamiają w niej ducha walki, dodając, że na co dzień żyje poza strefą swojego komfortu.

Martyna Wojciechowska – kobieta nie z tego świata

Pisanie o Martynie Wojciechowskiej stanowi spore wyzwanie. Można poruszać wiele wątków, pisać o jej zainteresowaniach, pasjach, dokonaniach. Poświęcić się jej przemianie albo rozwodzić na temat tego, z jakiego powodu dla tylu osób stanowi inspirację.


Być jak Martyna
Kiedy w 2013 roku miesięcznik „Press” zapytał studentów, którą znaną osobą chcieliby być, wśród wymienianych najczęściej pojawiało się nazwisko Martyna Wojciechowska. Ale nie tylko studenci stawiają ją za wzór – jako przykład do naśladowania wymienia Martynę Anna Lewandowska czy Olivier Janiak – osoby, które same należą do bardzo aktywnych zawodowo.

Martyna Wojciechowska całym swoim życiem udowadnia, że warto brać sprawy w swoje ręce i przejmować inicjatywę. Jak sama mówi: „Ludzie siedzą, marzą, myślą i nic nie robią. A życie ma się przecież jedno”. Lista dokonań i osiągnięć Wojciechowskiej jest tego najlepszym przykładem: od siedemnastego roku życia ma Międzynarodową Sportową Licencję Rajdową i Wyścigową na pojazdy dwu- i czterokołowe, jako druga Polka zdobyła Koronę Ziemi, jako jedyna Polka ukończyła rajd Paryż-Dakar, napisała 16 książek z cyklu „Kobieta na krańcu Świata”, sześć w ramach cyklu „Dzieciaki Świata”, osiem z serii „Zwierzaki Świata” i pięć innych książek niezamykających się w cykle. Od 11 lat TVN emituje jej program „Kobieta na krańcu Świata”. Martyna ma nawet swoją lalkę Barbie – w 2018 roku została uhonorowana nagrodą Barbie Shero przyznawaną wybitnym kobietom, które swoimi pasjami i doświadczeniami inspirują dziewczynki i kobiety na całym świecie.

Fot.: Mattel

Jakby tego było mało, w 2019 roku Wojciechowska zrobiła sobie prezent na swoje 45. urodziny i założyła Fundację UNAWEZA [w suahili oznacza to słowo „Możesz” – przyp. red.], która ma zajmować się wspieraniem bohaterek jej programów. W sumie otrzymała 23 nagrody, w tym Telekamery, Róże Gali i Wiktory.

Mocna jak skała

Co ciekawe Martyna Wojciechowska bardzo wcześnie i symbolicznie przejęła kontrolę nad swoim życiem. W akcie urodzenia ma imiona Marta Eliza. Marta to z aramejskiego „piastunka ogniska domowego”, Martyna – imię, które z wyboru nosi od dzieciństwa - pochodzi od boga wojny – i jak uważa Wojciechowska, lepiej oddaje jej naturę.
O Martynie zrobiło się głośno, kiedy została dziennikarką motoryzacyjną. Pierwszy program realizowała dla łódzkiej kablówki, później trafiła do TVN Turbo. Sympatyczna, rzeczowa, ciekawa rozmówców, pełna pasji i zaangażowania, przyciągnęła uwagę szefów TVN i dostawała kolejne propozycje prowadzenia programów – m.in. pierwszej edycji reality show „Big Brother” czy programu „Dzieciaki z klasą”. Od 2009 roku realizuje się jako autorka i prowadząca „Kobiety na krańcu Świata”. Skąd pomysł na taki format? Wojciechowska lubi podróżować, ale o wiele ciekawsi niż miejsca, które odwiedza, są dla niej ludzie, których spotyka. A zwłaszcza kobiety, których życie w wielu miejscach na ziemi jest dramatycznie trudne. Robiąc z nich bohaterki swoich programów, pokazuje, jak uprzywilejowane jest nasze europejskie życie. Bo „prawdziwy problem to choroba i zagrożenie życia, cała reszta się jakoś ułoży” – mówi.

Fot.: Agencja Gazeta

Spotkania z wyjątkowymi bohaterkami są dla niej źródłem niezwykłej inspiracji, uczą ją pokory, doceniania tego, co mamy. Zdobywanie zaufania i zgody potencjalnych bohaterek to także niezła lekcja cierpliwości, konsekwencji i uporu. Wiele bohaterek Wojciechowska wyszukuje sama, w dotarciu do nich pomaga jej później dokumentalistka pracująca przy programie. Wyjazdy „na kraniec świata” to także świetne ćwiczenia z tolerancji, cierpliwości, wytrwałości – nawet w takich kwestiach, jak tempo życia. Przykład? Myśląc o Czarnym Lądzie, Wojciechowska przywołuje abisyńskie przysłowie mówiące, że Bóg dał Europejczykom zegarek, a Afrykańczykom czas.

Zachłanna na życie

Martyna Wojciechowska sama o sobie mówi, że jest zachłanna na życie. Była na wszystkich kontynentach i odwiedziła ponad 70 krajów. Śmieje się, że Europę z Rzymem i Florencją zostawia sobie na emeryturę.

Martyna Wojciechowska-mama wychodzi z kolei z założenia, że nie wolno rezygnować z siebie i ze swoich pasji. Kiedy urodziła córkę, rozpędzony pociąg, jakim było jej życie, musiał zwolnić – choć pracowała do dnia porodu. Kiedy Marysia miała osiem miesięcy, Wojciechowska pojechała zdobywać masyw Mount Vinson. Zrobiła to dla siebie, swojego zdrowia i równowagi psychicznej. Ta wyprawa była jej potrzebna i nie żałuje jej. W trzecim miesiącu ciąży zdobyła szczyt góry Elbrus - choć z perspektywy czasu mówi, że tego wyczynu w ówczesnym stanie by nie powtórzyła, że góra mogła na nią chwilę poczekać.

Sama Wojciechowska robiła rzeczy, o których w czasach jej młodości mówiło się, że nie są dla dziewczynek. Takich słów nie słyszała w domu, tylko poza nim. Córkę wychowuje w poczuciu, że może dokonać wszystkiego. Wspiera ją – tak samo jak jej własna mama. I tak samo akceptuje (choć nie rozumie) niektóre wybory córki, strach o nią zostawiając wyłącznie sobie.

Kobiety to świetne liderki i dobre menadżerki. Przykłady? Dwie Marie – Skłodowska-Curie i Siemionow

Obie wybitne w swoich dziedzinach, ale także świetnie zorganizowane i umiejące zarządzać pracą innych. Są przykładem, że w nauce liczy się poświęcenie, ale i fascynacja codzienną pracą.

Maria Skłodowska-Curie przetarła szlak wielu kobietom – zarówno w nauce, jak i na uczelniach, czy za kierownicą. Była pierwszą kobietą, która po zdaniu na Wydział Fizyki i Chemii poświęciła się pracy odkrywcy. I to jak skutecznie! Współodkryła z mężem polon i rad, badała wraz z nim radioaktywność pierwiastków, była matką współczesnej radiologii.
W czasach młodości Skłodowskiej-Curie kobietom nie było łatwo dostać się na kierunki ścisłe, odmawiano im wielu praw, nie uznawano ich zasług. Francuzom wydawało się, że Skłodowska sama nie mogła wpaść na pomysł badań nad promieniotwórczością, że to w istocie Pierre Curie - mąż przyszłej noblistki - podsunął jej ten pomysł, a potem nadzorował badania, przy których jego żona „tylko pomagała”. Maria Skłodowska-Curie jest zresztą jedynym człowiekiem, który dwa razy otrzymał Nagrodę Nobla – co jest znamienne dla ostatecznego uznania jej zasług.

Skłodowska-Curie nie siedziała tylko w laboratorium. Była także oddaną społecznicą i zaangażowaną organizatorką – po otrzymaniu drugiego Nobla namówiła rząd Francji do budowy Instytutu Radowego (obecnie Institut Curie), w którym prowadzono badania z chemii, fizyki i medycyny. Współpracowała przy tworzeniu Pracowni Radiologicznej Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Dzięki Marii Skłodowskiej-Curie w szkole pielęgniarek w Paryżu utworzono pierwszy we Francji wydział radiologiczny, zaś do końca I wojny światowej pod jej nadzorem wyszkolono 150 laborantek radiologicznych. Podobne kursy kontynuowała przez pierwsze dwa lata po wojnie, szkoląc młodych rentgenologów z całej Europy.

Fot.: Shutterstock


Przez całe życie udowadniała, że żadne wyzwanie nie jest dla niej zbyt trudne. Jak wtedy, gdy jako jedna z pierwszych kobiet w historii zrobiła prawo jazdy na samochód ciężarowy. Dzięki temu mogła prowadzić samochód przewożący aparat rentgenowski, co było jej niezbędne, gdy jeździła na pola bitew I wojny i wykonywała prześwietlenia RTG rannym żołnierzom. Maria Skłodowska-Curie swoje oddanie nauce przypłaciła życiem – po latach wystawiania się na promieniowanie zachorowała na chorobę popromienną. Po śmieci w dowód uznania dla nauki pochowano ją w Panteonie.

Długa droga do celu
Zanim 10 grudnia 2008 roku wybitna polska chirurg plastyczna i transplantolożka profesor Maria Siemionow wraz z zespołem, dokonała czwartej na świecie i pierwszej w USA udanej operacji przeszczepu twarzy, musiało minąć dwadzieścia lat badań naukowych, doświadczeń, prób. Jej pacjentka - jak wszystkie pozostałe operowane wcześniej osoby - doświadczyła tragedii. Twarz straciła w wyniku postrzału, poprzednich pacjentów pogryzł pies, zaatakował niedźwiedź, dotknęła choroba deformująca fizjonomię. Spośród wszystkich operowanych, przypadek pacjentki profesor Siemionow był najrozleglejszy i najbardziej skomplikowany. Po udanej operacji pacjentka mogła wreszcie normalnie oddychać, jeść (wcześniej nie miała szczęki i podniebienia), odzyskała węch i funkcje mimiczne twarzy. To było wielkie dokonanie i osobisty sukces profesor.

Jako dziecko mała Maria robiła wszystko po swojemu. Wspinała się po drzewach, jak chłopcy, ale robiła to w sukience – jak dziewczynka. Lubiła się uczyć, ale także lubiła być we wszystkim najlepsza. Ciekawość nauki sprawiała, że czytała nie tylko to, co było zadane, ale także dużo ponad program. Do tej pory najbardziej lubi, kiedy stawia się jej wysoko poprzeczkę, rzuca wyzwania. Im coś jest bardziej skomplikowane, tym większy jest jej zapał i zaangażowanie. Profesor Siemionow uważa zresztą, że żeby być dobrym naukowcem, trzeba być pasjonatem swojej dziedziny – wtedy jest szansa na odkrycia, a nie tylko pracę odtwórczą.

Maria Siemionow, fot.: Łukasz Giza/Agencja Gazeta


Jak sama przyznaje ma także inne cechy, które sprawiają, że jest dobra w tym, co robi: jest pewna siebie, ale nie zarozumiała, jest indywidualistką, ale nie jest samolubna, ceni także ducha współpracy. Od wielu lat nie tylko bada i operuje, ale także organizuje i kieruje pracą zespołów lekarskich. Już na studiach medycznych przez sześć lat była starościną roku, angażowała się w Radę Wydziału, lubiła także zarządzać projektami. Przez całą swoją karierę profesor Siemionow wykształciła ponad 150 młodych lekarzy z całego świata, w tym prawie 50 Polaków. Opowiadając o swojej pracy, stara się mówić w sposób prosty i zrozumiały – swoje prelekcje traktuje zresztą jak misję edukacyjną.

Profesor Maria Siemionow nie ma wątpliwości, że nie każdy jest predestynowany do pracy w nauce. W wywiadach podkreśla, że jest to zajęcie żmudne i trudne, tylko dla osób, które są odpowiedzialne, otwarte i mające rys innowatora. Profesor ma na szczęście kolejny projekt, który sprawia, że pojawia się błysk w jej oczach: chce wymyślić remedium na dystrofię mięśniową Duchenne’a, na którą chorują tylko chłopcy. Cierpi na nią 350 tysięcy osób, które dożywają maksymalnie do dwudziestego roku życia. Być może profesor Siemionow uda się wynaleźć dla nich lek?

Samotne wilczyce: Wanda Rutkiewicz i Krystyna Chojnowska-Liskiewicz

Same, walczące z przeciwnościami, żywiołami i własnymi ograniczeniami. Himalaistka Wanda Rutkiewicz i kapitan żeglugi Krystyna Chojnowska-Liskiewicz udowadniają, że w kobietach drzemie ogromna siła – zarówno psychiczna, jak i fizyczna.


Kobieta na szczycie
Podobno Wanda Rutkiewicz żyła tak, jak chciała, ale nie miała także nic przeciwko śmierci. W rozmowach z siostrą mawiała, że „jeśli zginie w górach, to znaczy, że tak miało być”. Jej brat z kolei w wywiadach podkreśla, że nikt tak naprawdę Wandy nie znał.

Osiągnięcia Rutkiewicz najlepiej pokazują, że himalaistka narzuciła sobie mordercze tempo w realizowaniu swoich ambicji: z jednej wyprawy wyjeżdżała na kolejną, wchodziła w strefę śmierci, podejmowała ogromne ryzyko i była gotowa iść zawsze na całość. Jej dokonania nie pozostawiają zresztą cienia wątpliwości, jak wiele w alpinizmie osiągnęła: zdobyła osiem z 14 ośmiotysięczników, jako pierwsza kobieta i pierwszy himalaista z Polski weszła na K2, jako trzecia kobieta, pierwszy Polak i pierwsza Europejka na Mount Everest.

W góry pchała ją potrzeba niczym nieograniczanej wolności i autonomii. Nie lubiła codzienności, rutyny, powtarzalności, stabilizacji i zwykłego przyziemnego życia. Po raz pierwszy zaczęła się wspinać na drugim roku studiów z łączności na Politechnice Wrocławskiej. Kiedy koledzy każą jej czekać na siebie w Górach Sokolich w pobliżu Jeleniej Góry, ona nie potrafi wysiedzieć na miejscu. Po pewnym czasie okazuje się, że Wanda, zamiast czekać, ruszyła za nimi i jest na skale – 20 metrów nad ziemią, bez liny i asekuracji.

Wanda Rutkiewicz, fot.: Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki

Podczas studiów Wanda Rutkiewicz skończyła kurs taternicki i po kolei zaliczyła wszystkie najtrudniejsze trasy w Tatrach. Po ukończeniu studiów ma dyplom inżynier-elektronik i pracuje w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych. Wtedy zaczyna wyjeżdżać w Alpy. Żeby wzmacniać mięśnie i przygotowywać się do wypraw, do Instytutu chodzi z plecakiem wypełnionym kamieniami, śpi w śpiworze na strychu, by przyzwyczaić się do zimna, więcej czasu spędza w namiocie niż w domu. Swój pierwszy siedmiotysięcznik – Pik Lenina w Pamirze – zdobywa na głodzie tlenowym, wyczerpana i pochylona, żeby nie widzieć, ile metrów zostało jej do szczytu.

Jak piszą jej biografowie, Wanda Rutkiewicz nie miała łatwego charakteru – w górach zamieniała się w nieznoszącą sprzeciwu dyktatorkę, nieakceptującą decyzji mężczyzn indywidualistkę. Miłością do gór i alpinizmu zaraziła jednak inne kobiety, organizując narodowe wyprawy kobiece i umożliwiając paniom wyjazdy w Himalaje. Wspólnie z Haliną Krüger-Syrokomską (jako pierwsze kobiety) przeszła wschodni filar norweskiego Trollryggenu, czyli jedną z najtrudniejszych dróg na świecie. Walczyła z traktowaniem kobiet w górach jako ludzi drugiej kategorii. Nawet Jerzy Kukuczka, który nie ukrywał swoich patriarchalnych poglądów (mawiał, że „baby się w góry nie nadają”) miał dla niej szacunek – bo „ona potrafiła się wspinać”.

Wanda Rutkiewicz stała się wizytówką polskiego alpinizmu – była piękną kobietą, znającą języki obce, zjednującą ludzi od pierwszego kontaktu, uśmiechniętą, porywającą entuzjazmem. Przeszkody i trudności były dla niej najlepszym paliwem. Kiedy słyszała, że coś się nie uda, stawała na głowie, żeby udowodnić, że to nieprawda. Nie dawała sobie żadnej taryfy ulgowej, miała niezwykle silną wolę, a ciało traktowała jak narzędzie, które miało służyć do osiągania celów. Mawiała, że „każdy ma swój Everest”.

Wanda Rutkiewicz zaginęła w 1992 roku, podczas zdobywania trzeciego pod względem wysokości masywu na świecie – Kanczendzongi. O tej górze mówi się, że nie lubi kobiet – weszły na nią tylko cztery, a po drodze na szczyt zginęło kilkanaście. Rutkiewicz chciała być tą pierwszą, która poskromi szczyt. Miała wtedy 49 lat. Matka Wandy – Maria Błaszkiewicz – aż do swojej śmierci wierzyła, że jej córka żyje i zeszła do nepalskiego klasztoru. I była w tym przekonaniu tak nieustępliwa, jak nieustępliwa była jej córka wobec gór.

Wizerunek Wandy Rutkiewicz na warszawskim muralu, fot.: Krzysztof Ćwik/Agencja Gazeta


Dwa lata na morzach
Samotność nigdy także nie stanowiła problemu dla żeglarki kapitan Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz. "Sama na morzu czułam się wolna. Nikt mi niczego nie mógł kazać" – mawia w wywiadach. O prawdziwości jej przekonania najlepiej świadczy fakt, że w 1978 roku, po dwóch latach na pokładzie jachtu „Mazurek” zakończyła wyjątkowy rejs. Rejs, podczas którego jako pierwsza kobieta samotnie opłynęła kulę ziemską.
W żeglowaniu przyszła rekordzistka Guinnessa zakochała się w dzieciństwie. Wychowywała się w Ostródzie, krainie wielkich jezior, na których zdobywała pierwsze szlify żeglarskie. Później przyszedł czas na lekturę pisma „Morze” i zachwyt nad wielkimi statkami. Zdjęcia majestatycznych okrętów sprawiły, że po maturze zdała na Wydział Budownictwa Okrętowego Politechniki Gdańskiej, a po studiach - wspólnie z poznanym na wydziale mężem Wacławem Liskiewiczem - zajęła się projektowaniem statków w Stoczni Gdańskiej.

Oprócz pracy małżeństwo Liskiewiczów uczestniczyło w wyprawach morskich i rejsach na należącym do nich jachcie „Mechatek”. Skąd jednak wziął się pomysł na samodzielny kobiecy rejs? W 1975 roku dotarło do kapitan Chojnowskiej-Liskiewicz, że jak dotąd jeszcze żadna kobieta nie opłynęła samotnie Ziemi. Pomyślała wtedy, że po pierwsze do zrobienia jest coś wielkiego, a po drugie, że jest to w jej zasięgu. Miała już przecież w kieszeni patent sternika jachtowego, sternika morskiego i uprawnienia jachtowego kapitana żeglugi wielkiej. Realizacja marzeń o dalekich rejsach była zdecydowanie na wyciągnięcie ręki.
Na to nałożyły się jeszcze sprzyjające warunki, bo - jak wspominała w swojej książce "Pierwsza dookoła świata" - na przełomie lat 60. i 70. kobiece żeglowanie stawało się popularne. W czerwcu 1975 roku Polski Związek Żeglarski wybrał ją do samotnego rejsu dookoła świata, gwarantując zabezpieczenie finansowe.

Pod kątem samotnej podróży dookoła świata powstał jacht "Mazurek". W sześć miesięcy zaprojektowano go, zbudowano i wyposażono. Projektowaniem jachtu zajął się Kierownik Biura Projektowego Stoczni Jachtowej, mąż żeglarki, inżynier Wacław Liskiewicz.
Po powrocie z rejsu Chojnowska-Liskiewicz została odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski i złotym medalem "Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe". Jej wyczyn trafił do Księgi Rekordów Guinnessa. Panią kapitan za jej dokonanie odznaczono także francuskim srebrnym medalem Ministra Sportu i Młodzieży - wówczas takim wyróżnieniem wśród Polaków mogła się pochwalić jedynie wybitna lekkoatletka Irena Szewińska.

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz mówi w wywiadach, że ma taki charakter, że nie boi się nieznanego, jest spokojna, nie martwi się na zapas. To, że jej rejs zakończył się sukcesem, zawdzięcza przede wszystkim temu, że była perfekcyjnie przygotowana. W wywiadach zapewnia, że przez całe życie uczyła się samodzielności, nigdy nie mogła sobie pozwolić na to, żeby być słaba. I to zaprocentowało.
A samotność? Jak zapewnia kapitan, dla samotnego żeglarza największym zagrożeniem jest ryzyko, że wypadnie za burtę. I tyle. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz zapewnia, że w swoim towarzystwie nigdy się nie nudzi. W rejs bardzo chciała popłynąć. Miała cel, plan i dobre przygotowanie połączone z pasją. Co mogło pójść nie tak?

Mniej zarabiamy, mniej o nas słychać. "Pyskate" sportsmenki, które upominają się o swoje

Nierówności w płacach w sporcie są ogromne. Jednym z niewielu dyscyplin, w którym zrównano wysokość nagród dla zwycięzców, jest tenis. Ale nie stało się to ot, tak po prostu. Przez lata o równość zarobków walczyła kobieca organizacja zrzeszająca tenisistki.


W sporcie wyczynowym raczej nie ma osób, które uprawiają go dla premii, kontraktów reklamowych i bonusów. Słowa potwierdzające tę zasadę padły z ust polskiej bramkarki grającej we francuskim klubie Paris Saint-Germain – Katarzyny Kiedrzynek. W wywiadzie piłkarka przyznała, że żadna kobieta nie gra w piłkę dla pieniędzy, ale ona sama czasami zazdrości facetom. Czego? „Zawodnik, który gra na podobnym poziomie jak ja, po kilku latach kariery zarobi tyle pieniędzy, że do końca życia on i jego rodzina nie muszą się martwić o kasę. My dostajemy tyle, że wystarcza na przeżycie, ale nie ma szans, żeby cokolwiek odłożyć. Nie mówiąc już o kupowaniu sobie supersamochodów, apartamentów i wydawania setek tysięcy w sklepach z ciuchami”.

Kasa się (nie) zgadza

Przypomnijmy sobie sytuację z gali wręczenia Złotej Piłki 2018. Na scenie dwoje zwycięzców: Ada Hegerberg i Luka Modric. Ona zarabia 400 tysięcy euro rocznie, on 17,5 raz więcej. ONZ wyliczył, że zarobki Leo Messiego sięgające 84 mln dolarów to dwa razy tyle, ile zarabiają 1693 piłkarki z najlepszych lig świata. Więcej kwot? W czasie gdy najlepiej zarabiająca angielska piłkarka dostawała 65 tys. dolarów rocznie, jej męski odpowiednik dostawał cztery razy więcej. tygodniowo. Za wygranie Mistrzostw Świata w piłce nożnej premia to 50 mln dolarów dla mężczyzn i 2 mln dla kobiet.
Według zestawień BBC na 35 dyscyplin sportowych w 25 przypadkach panuje równość zarobków. Nierówności zostały wytknięte w: piłce nożnej, kolarstwie, darcie, golfie, squashu, snookerze, skokach narciarskich, koszykówce i krykiecie.
Wynagrodzenia są na przykład zrównane w tenisie, co jest ogromną zasługą walki WTA (Women’s Tennis Association). US Open wypłaca tyle samo finalistom obu płci od ponad 40 lat, Wimbledon od ponad dekady. W Australian Open zarobki zrównano w 2001 roku, a na Rolland Garros dopiero w 2016 roku. Tenis kobiet jest chętnie oglądany – w 2015 roku bilety na finał kobiet sprzedały się szybciej niż na mężczyzn, w 2005, 2013 i 2014 roku żeńskie finały miały lepszą oglądalność niż męskie.

Dzięki temu spośród 15 najlepiej zarabiających sportsmenek trzy pierwsze miejsca należą do tenisistek: Sereny Williams (29,2 mln dol.), Naomi Osaki (24,3 mln dol.) i Andżeliki Kerber (11,8 mln dol.). Z kolei w corocznym zestawieniu „Złotej Setki” „Super Expressu” na 100 najbogatszych polskich sportowców, tylko siedem procent stanowią kobiety. W pierwszej dziesiątce znajduje się jedynie Agnieszka Radwańska, do dwudziestki załapała się Joanna Jędrzejczyk. Co jednak ciekawe na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 roku osiem na 11 polskich medali zdobyły kobiety, w tym obydwa złote i dwa na trzy srebrne.

Pieniądze to nie wszystko

Nie tylko o pieniądze jednak chodzi. Kobiety bywają gorzej traktowane także przez związki i federacje. Przykłady można mnożyć, ale przytoczmy dwa. Polska piłkarska reprezentacja kobiet na mecz eliminacyjny do Szkocji w 2018 roku poleciały tanimi liniami. Samolot miał siedem godzin opóźnienia, piłkarki spóźniły się na wieczorny trening. Prezes PZPN skwitował tę sytuację słowami: „Potrenują jutro rano”. Reprezentacja mężczyzn lata wyczarterowanym samolotem między Wrocławiem a Katowicami.

Takie sytuacje zdarzają się także poza Polską. Męskie i żeńskie brytyjskie reprezentacje do lat dwudziestu w krykiecie leciały na Mistrzostwa Świata do Indii. Jedyna różnica? Panie w klasie ekonomicznej, panowie w klasie biznes.

Polskie piłkarki, fot.: Jakub Orzechowski/Agencja Gazeta


„Jestem harda i tak jestem odbierana”
Kobiety coraz głośniej mówią o niezadowoleniu, walczą o swoje, nie godzą się na nierówności. Justyna Kowalczyk, która w biegach narciarskich osiągnęła wszystko, jest sztandarowym przykładem takiej postawy. Żeby być traktowaną poważnie i profesjonalnie, zbudowała wokół siebie wysoki mur, przez który nikt już nawet nie próbował przeskakiwać. Kowalczyk uznała, że jeśli będzie harda i tak będzie odbierana, to nikt nie ośmieli się przekraczać wyznaczonych przez nią granic. Jej ogromne sukcesy sportowe pozwoliły zająć szczyt w biegach narciarskich, a twardy charakter zdobyć szacunek publiczności, sponsorów i związkowców. Kowalczyk przetarła szlak innym sportsmenkom, które także chcą być traktowane na serio i nie dostawać śmiesznych stawek. Bo tak jak Justyna Kowalczyk i sportowcy-mężczyźni 330 dni w roku spędzają poza domem, przez 18 lat nie chodzą do kina, przegapiają śluby znajomych, chrzciny, rocznice, urodziny. Są perfekcyjnie pracującymi maszynami, które codziennie przekraczają własne ograniczenia.

Podobno kobiecy sport jest mniej widowiskowy niż męski, mniej w nim rywalizacji i emocji, a przez to pieniędzy. Jeśli liczy się jednak efektywność sportu (strzelone gole, wygrane sety, pobite rekordy), to nikt nie mówi, że nie można jej osiągnąć w inny niż męski sposób. A jak pokazują mecze piłkarskie kobiet – emocji w nich nie brakuje.

„Mam wrażenie, że zawsze bardzo dużo od siebie wymagałam – dzisiaj wydaje mi się, że całkiem niepotrzebnie”

Anna Dziewit-Meller sama wydeptała sobie wszystkie zawodowe ścieżki. I wciąż zadziwia ją, że Ania z Chorzowa napisała kilka książek, a jej felietony co tydzień ukazują się w „Tygodniku Powszechnym”.


Z moimi koleżankami mówimy czasami.: „Jak dorosnę, to chcę być jak...”. Jaka chcesz być, jak już dorośniesz?

Wrzuciłam niedawno na Instagram zdjęcie mojej agentki literackiej Gabrieli Niedzielskiej, z którą pracuję od lat. Gabriela jest naprawdę niezwykłą osobą. Na zdjęciu widać ją, jak siedzi uśmiechnięta w jednej z łódzkich kawiarni. Ma krótko ścięte siwe włosy, zawsze świetnie się ubiera, jest bardzo elegancką, żwawą kobietą, która mimo różnych problemów ze zdrowiem wynikających w oczywisty sposób u każdego człowieka z peselu, prawie codziennie pływa na basenie, jest aktywna fizycznie i intelektualnie. Pod jej skrzydłami siedzi sobie wygodnie wielu polskich autorów, ciesząc się - jak ja - z jej obecności w naszym życiu zawodowym. Jej siła życiowa, pomysł na siebie, konsekwencja i dojrzałość bardzo mi imponują, więc myślę, że jak będę już dorosła, to chcę być taka jak Gabriela - świadoma swojej dojrzałości i płynącej z niej siły.

A jest dekada w życiu, której wyglądasz ze szczególną nadzieją?

W moim życiu jest tak, że im jestem starsza, tym lepiej się ze sobą czuję. Z wiekiem, co może zabrzmieć górnolotnie, objawia się chyba w końcu jakaś zbierana na kolejnych etapach mądrość życiowa. Jestem z rodziny długowiecznych, dobrze trzymających się kobiet, więc bardzo liczę na te dobre geny (śmiech).

Moja babcia, która zmarła w zeszłym roku mając 90 lat, mówiła mi zawsze, że obiektywnie gorszy okres ze względu na starzenie, zaczął się u niej po osiemdziesiątce, wygląda więc na to, że mam jeszcze sporo czasu na dobre życie.

Gdybyś spotkała dzisiaj siebie dwudziestoletnią, to myślisz, że obydwie byłybyście z siebie wzajemnie zadowolone?

Na pewno miałabym dla tej dwudziestoletniej dziewczyny bardzo dużo czułości, bo wydaje mi się, że w młodości byłam dla siebie bardzo surowa. Był ze mnie taki niesprawiedliwy sędzia i brutalny krytyk. Ta wewnętrzna krytyka zaś dotyczyła prawie wszystkiego. Mam wrażenie, że zawsze bardzo dużo od siebie wymagałam – dzisiaj wydaje mi się, że całkiem niepotrzebnie. Nie trzeba było aż tak mocno trzymać się za gardło, wiele rzeczy by się i tak udało. A może by się nie udało, a to też nie musiałoby wcale oznaczać katastrofy. Surowo oceniałam swoje wybory, życie, wygląd. Co jest w sumie śmieszne, gdy pomyślę, ile piękna zawartego jest w samej idei młodzieńczości. Wtedy jednak tak nie myślałam. Miałabym więc do młodszej siebie prośbę, żeby była dla siebie lepsza, milsza, bardziej wyrozumiała.

Jak wiele rzeczy sama ze sobą przepracowałaś?

Dużo. To, o czym powiedziałam przed chwilą również wynika ze zmian, jakie we mnie zaszły. Ze względu na doświadczenia życiowe i mijający czas nabiera się dystansu do wielu spraw, widzi się niedorzeczność starań, które się podejmowało, kiedy było się młodszym.

Co masz konkretnie na myśli?

Na przykład to, że przeformułowują się tzw. wielkie cele życiowe. Na przykład, co to znaczy zrobić karierę, być albo nie być „kimś”? Ja na przykład bardzo mocno na przestrzeni lat zmieniłam mój stosunek do swojego ciała. Uznałam w końcu oficjalnie, że się składam również z niego, bo przez wiele lat byłam kompletnie rozdzielona na dwie sfery – cielesną i intelektualną. Ta cielesna zaś była jakby nieważna, więc mocno eksploatowana. Dużo pracowałam, źle się odżywiałam, nie spałam, gdy powinnam, wyczerpywałam ograniczone przecież zapasy sił w zbyt intensywny sposób.

Sygnały idące z ciała albo nie były odczytywane, albo były tłamszone. A teraz już wiem po prostu, że nie da się żyć na bardzo wysokich obrotach, nie dbając o ciało. Wiek, ciąże – to powoduje, że trzeba się ze sobą samą połączyć.

Za tym oddzieleniem cielesności od intelektu stało to, że jesteś atrakcyjną kobietą?

W sferze, w której pracuję, czyli w literaturze, uroda nie jest, jak wiesz, przesadnie ceniona, ani łączona z atrybutami intelektualnymi, tak jakby to, jak się wygląda naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie dla tego, jak się pracuje.

Pamiętam, jak jeden z moich wydawców zasugerował, że na okładkę książki powinnam zrobić zdjęcie, na którym wyglądam nieatrakcyjnie, bo to będzie lepiej dla książki, zostanie potraktowana przychylniej. Wtedy najwyraźniej wierzyłam w destrukcyjną moc blond włosów na okładce, bo przyznałam mu rację, a dzisiaj bym się nie zgodziła na taki pomysł, choć wiem, że chciał dobrze.

Ale to jest stawianie spraw na głowie. Jeśli ktoś ma problem z wyglądem osoby piszącej, to chyba po prostu ma duży problem. Z tym że to nie jest mój problem.

Anna Dziewit-Meller, fot.: Archiwum prywatne


Robiłaś kilka rzeczy, po drodze przekwalifikując się z dziennikarki, na dziennikarkę telewizyjną, później na pisarkę. Czy na poszczególnych etapach odklejały się od ciebie łatki, zdobywałaś więcej szacunku, posłuchu?

Obiektywnie świat pozostał taki sam, nadal są osoby, które z jakichś powodów będą pisać o mnie różne nieprzyjemne z mojego punktu widzenia rzeczy, albo takie, które bardzo nie lubią efektów mojej pracy, albo takie, które po prostu żywią do mnie czystą ludzką niechęć, jaką i ja żywię do niektórych. Tyle że ja mam już do tych zdań wygłaszanych na mój temat zupełnie inny stosunek. Kiedyś się tym przejmowałam, zależało mi na tym, by mnie akceptowano i chwalono, teraz już zupełnie nie. Nie z cudzych słów iść powinno poczucie własnej wartości. Ja się nawet cieszę, że nie muszę w końcu być dla wszystkich miła, bo kiedyś tak mi się właśnie wydawało, że muszę, to mnie pokochają (śmiech).
Wybrałam zawód, w którym cały czas jest się ocenianym. Trzeba się pogodzić ze złymi recenzjami, ludzką niechęcią, zazdrością, plotkami, bezinteresowną złośliwością i zrozumieć, że one mogą wynikać z różnych powodów, z których wiele nie ma nic wspólnego ze mną taką, jaka jestem naprawdę. Ważne więc, żeby nie brać sobie tego do serca. W sumie - cóż mnie to wszystko obchodzi?

Miałaś/masz poczucie, że możesz wszystko?

Od pewnego momentu mam poczucie, że mogę całkiem dużo. Jestem dziewczynką ze Śląska, która do Warszawy przyjechała na ostatnim roku studiów w Krakowie. Pierwszą pracę dostałam, bo poszłam do redakcji „Gazety Krakowskiej” i zapytałam, czy nie potrzeba im aby osoby do pomocy. Później trafiłam do krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, gdzie usilnie chciałam się czegoś nauczyć, choć ówczesny naczelny Seweryn Blumsztajn traktował mnie - wówczas może 20 letnią - jak bardzo natrętną muchę. Ale jakoś poszło, uparłam się i nie dałam za szybko zniechęcić. Nikt mnie nie znał, sama sobie wydeptałam ścieżki i sama sobie poradziłam.

Co ci w tym najbardziej pomogło?

Jestem całkiem pracowitą osobą, a to dla potencjalnego pracodawcy zaleta, naprawdę lubię to, co robię i zawsze lubiłam. Miałam wielką ochotę pracować jako dziennikarka, bardzo chciałam pisać – to było zawsze moje wielkie marzenie. I konsekwentnie w tym kierunku szłam. Z tym że wtedy, gdy koledzy z roku szli na piwo, ja szłam po zajęciach do redakcji. Kwestia wyboru. Uważam, że dla mnie to był dobry wybór.

Bardzo zapadł mi w pamięć twój pierwszy felieton dla „Tygodnika Powszechnego”, w którym pisałaś, że na propozycję ze strony tego nobliwego tytułu zareagowałaś, jak wiele kobiet. Że się nie nadajesz, że nie dasz rady, że to nie licuje.

Ten tekst, który nazywał się „W pułapce kompetencji”, dotyczył powszechnego u kobiet poczucia niewystarczających kompetencji do robienia różnych ważnych rzeczy. Przez niemal dwa miesiące po tym jak dostałam propozycję pisania dla „Tygodnika”, nosiłam się z decyzją, czy to w ogóle wypada, żeby taka zwykła Ania z Chorzowa zajmowała swoimi przemyśleniami bezcenne miejsce na łamach. I o tym właśnie napisałam ten pamiętny pierwszy felieton.

Okazało się, że tekst zawiesił serwery w „Tygodniku”, bo tak wiele osób zechciało go udostępnić. Nagle wiele kobiet, które go czytało, także takich, które ja podziwiam, którym zazdroszczę talentów i sukcesów, przyznało, że się z moimi słowami utożsamiają – że też wiecznie usuwają się w cień i robią miejsce dla kolegów, że kwestionują swoje umiejętności. Stałam się zakładniczką tego pierwszego felietonu, bo mi teraz nie wypada powiedzieć, że nie czuję się kompetentna. Zresztą - przecież czuję się kompetentna. Ta zbiorowa reakcja dała mi bardzo dużo.

Twoje teksty w „Tygodniku Powszechnym” w ogóle się wyróżniają. Przede wszystkim normalnością.

Mam nadzieję, że to jest taki głos umiarkowania, ale wynikającego przede wszystkim z zakwestionowania pewnych utartych a wygodnych schematów, myślenia, którego tak strasznie dużo widzę wokół. Cieszę się, że zdecydowałam się na pisanie do „Tygodnika Powszechnego”. Zaraz stuknie mi trzeci rok tego pisania. To jest świetna intelektualna przygoda, radość i dobra decyzja.

Coraz więcej jest buntu przeciwko mężczyznom mówiącym mentorskim tonem i upajającym się swoim głosem, co częściowo ma wpływ na to, że kobiety wątpią we własne siły.

Strategie unieważniania głosu kobiet są powszechnie znane. Tu od razu pozdrawiam wszystkim komentujących pod tekstem, którzy zamierzają je zastosować i mówię wam - na mnie to już nie działa. Powiedzieć kobiecie, że jest brzydka, głupia, stara, ma za małe cycki, albo przeciwnie - zbyt wielkie, więc nie ma kompetencji, żeby zabierać publicznie głos, wszelkie ośmieszanie – znamy to doskonale i mam nadzieję, że nie musimy się tym już przejmować. Szkoda waszego czasu. Zaczął się proces, którego nie da się zatrzymać, masa krytyczna pewnej złości, może nawet furii kobiet została przekroczona. Nie wydaje mi się, żeby nasze córki musiały kolejny raz wyważać drzwi, które my wyważymy. Czuję zmianę.

Twój tata jest postępowy?

Tak. Ja jestem z dość matriarchalnego domu, w którym tata liczne kluczowe kwestie pozostawił kobietom. Kwestionował oczywiście różne moje wybory, jak to ojciec, ale to nigdy nie było z pozycji płci. Byłam po prostu jego dzieckiem, moja płeć nie miała chyba większego znaczenia, bo mój brat był traktowany dokładnie tak samo, jak ja.

Anna Dziewit-Meller, fot.: Archiwum prywatne


Jak to, co sama przeżyłaś, czego doświadczyłaś, co przepracowałaś jako dziewczynka, dziewczyna i kobieta przekłada się na twoją córkę?

To się okaże, bo ona ma dopiero pięć lat. Urodziła się jako wyrazista osobowość, od pierwszych chwil wiedziałam, że nie mam do czynienia z białą kartką, którą ja sobie teraz elegancko po swojemu zapiszę, bo od razu dawała znać, czego chce, a czego na pewno nie chce.
Jestem matką, która stara się pracować nad sobą w tej roli, uczyć się, przyznawać do błędów i wyciągać z nich wnioski. Na pewno jednak mam - jak wszyscy - zakodowane w sobie różne zachowania, które nie są dobre, te różne strategie rodzicielskie, których wolałabym uniknąć. Warto zatem w porę zdać sobie z nich sprawę i z nimi walczyć. Wiem dobrze, że rodzicielskie ględzenie musi być spójne z rodzicielskim zachowaniem. Bo dzieci widzą naszą hipokryzję i chętnie tropią każdą niespójność, każdy rozdźwięk pomiędzy tym, co im mówimy, a tym, jak sami żyjemy.

Na pewno chciałabym, jak każdy rodzic, żeby moje dzieci miały łatwiej. I żeby nie czuły się w żaden sposób ograniczeni tym, że społeczeństwo narzuca im jakieś role do spełnienia, role, poza którymi nie ma zbawienia (śmiech).

Zwłaszcza, że chłopcy też są potwornie zakleszczeni w stereotypach, a moim zdaniem mało jest teraz miejsca w publicznym dyskursie na rozmowy o wspieraniu chłopców w ich stabilnym emocjonalnie rozwoju. To pewnie wynika z tego, że wciąż więcej jest do zrobienia w kwestii dziewczynek, po wiekach całkowitego uprzedmiotowienia kobiet, z którego mam wrażenie - wielu ludzi nadal nie zdało sobie sprawy. Ale chciałabym, żeby chłopcy mogli być na przykład wrażliwymi ludźmi, a o to wciąż trudno w świecie, w którym rządzą stereotypy na temat płci. Bo moim zdaniem feminizm jest i o chłopcach, i o dziewczynkach, jest po prostu o równości ludzi. Różni, ale równi.

Kosmos (jest) dla wszystkich dziewczynek

Dwumiesięcznik „Kosmos dla dziewczynek” właśnie skończył dwa lata – do kupienia jest trzynasty, „najbardziej niegrzeczny ze wszystkich”, numer tego niezwykłego czasopisma. Magazyn dla 7-11-latek stworzyły kobiety, które co prawda nie wszystkie są matkami, ale za to każda z nich była dziewczynką.


Inny niż wszystkie

Wystarczy pójść do pierwszego lepszego kiosku i przyjrzeć się ofercie czasopism skierowanych do dziewczynek. I wcale nie chodzi o to, żeby je wartościować czy krytykować ich zawartość. Problem stanowi brak alternatywy i różnorodności. Magazyn „Kosmos” jest jak jednorożec – jest kontrpropozycją i wzbogaca przekaz kierowany do dziewczynek.

A wszystko zaczęło się od amerykańskiego pisma „Kazoo”, stworzonego przez dziennikarkę Erin Bried dla jej córki. Z czasem pomysł Erin się rozrósł, a aktywność wokół kwartalnika stała się głównym zajęciem kobiety. Dla Bried ważne było, żeby publikowane w „Kazoo” teksty były najwyższej jakości, ich bohaterki inspirowały i wzmacniały czytelniczki w wieku 5-12 lat. Celem Bried jest także wychowanie pokolenia kobiet, które wreszcie sprawi, że Amerykanki będą na zasadach równości reprezentowane w kongresie (77 procent kongresmenów to mężczyźni), wśród artystów sztuki współczesnej, nominowanych do Oscara twórców filmowych czy inżynierów.

To przykład Erin Bried i „Kazoo” zainspirował do powstania naszego rodzimego „Kosmosu dla dziewczynek”. Powstanie dwumiesięcznika poprzedziło głębokie przekonanie, że takie czasopismo jest potrzebne także w Polsce. Później była stuosobowa grupa na Facebooku i pierwsze spotkanie trzydziestu chętnych do współtworzenia pisma osób. Powoli z szeregów pań pracujących nad koncepcją i tematami do pierwszego numeru, wykruszały się kolejne osoby, aż ostatecznie zostało 14 kobiet.

Tych najwytrwalszych i gotowych do poświęceń. Bo przy „Kosmosie” pracowały dodatkowo, po pracy, na zasadzie wolontariatu. Kiedy wszystko było gotowe – teksty napisane, ilustracje namalowane, makiety gazety przygotowane, należało zebrać środki na druk dwóch pierwszych numerów. I tutaj założycielki pisma (i działającej przy niej fundacji oraz think tanku) wsparła publiczna zbiórka. Jej sukces (w ciągu czterech dni zebrano prawie połowę z potrzebnej kwoty 93 tysięcy zł) utwierdził pomysłodawczynie tytułu w przekonaniu, że idea jest słuszna, a pismo ma rację bytu.

Kosmos, fot.: Materiały prasowe


Przede wszystkim wparcie

Teraz przy „Kosmosie dla dziewczynek” wciąż pracuje 14 kobiet wyspecjalizowanych w różnych dziedzinach – od redaktor naczelnej i redaktorki przez graficzkę po zbieraczkę funduszy i specjalistkę od social mediów. Fundacji zależy na tym, żeby pomagać dziewczynkom w rozwoju umiejętności z różnorodnych obszarów życia, wzmacniać w nich zaufanie dla własnych kompetencji, wspierać wiarę w prawo do realizacji marzeń i kształtować środowisko wolne od ograniczających stereotypów.

Twórczynie „Kosmosu dla dziewczynek” pragną, żeby dziewczynki dorastały w poczuciu pewności siebie i swojej sprawczości. Żeby miały odwagę rozwijać swoje zainteresowania i stawiać czoła wyzwaniom. Celem twórczyń dwumiesięcznika jest także walka ze szkodliwymi stereotypami dotyczącymi wyglądu. Chcą przekonywać, że nie ma jednego słusznego wzorca ciała i urody, a liczy się zdrowie, sprawność, siła i świadomość ciała. W świecie „Kosmosu dla dziewczynek” dziewczynki mogą być sobą – jakiekolwiek chcą być.

Kosmos, fot.: Materiały prasowe


Druk zamiast pikseli

Amerykański „Kazoo” wydawany jest na papierze, „Kosmos dla dziewczynek” także jest pismem drukowanym. To celowy zabieg - papier ma odciągnąć od tabletów, ale także pozwolić na rysowanie w magazynie, rozwiązywanie zadań, przechodzenie labiryntów.

Pismo jest wartością samą w sobie, ale nie tylko. Historia jego powstania, czyli oddolna inicjatywa, konsekwencja twórczyń także zasługują na ogromne uznanie. Dwa lata funkcjonowania magazynu to najlepszy dowód na to, jak wiara w słuszność pomysłu, konsekwencja i współpraca kobiet potrafią zaowocować. Na docenienie zasługuje także misyjność pomysłu i ideowość jego twórczyń. Bo pismo jest tu pretekstem, a celem dobro i przyszłość dziewczynek.